Marcin Cichoński: Jaki klucz towarzyszył wyborowi nagrań na dwie płyty CD i jedną DVD. To łącznie niemal sześć godzin muzyki…

Grzegorz Turnau: Na tej płycie są rzeczy nie tyle wybrane, co wykopane. Wiktor Czajkowski, redaktor albumu, z pasją archeologiczną i detektywistyczną je wytropił. Są utwory, do których byłem absolutnie nieprzekonany, a Wiktor mnie namawiał – np. piosenka z 1984 roku do wiersza Czesława Miłosza, którą uważam za zabawny przykład niezrozumienia tekstu, a jednocześnie wykonania go z wielkim zaangażowaniem. Jest to w jakimś sensie przykład dydaktyczny – postanowiłem go opublikować, ale z komentarzem: „jak nie zrozumieć wiersza Czesława Miłosza”.

Lubi pan siebie oglądać? Musiał pan pewnie zobaczyć materiał, który przygotował Wiktor.

Nie oglądałem.

To kto decydował, co się ukaże na DVD?

Mam nienajgorszą pamięć. Wiem, co zrobiłem, jak — z grubsza — śpiewałem. Pamiętam, jak wyglądały moje nagrania telewizyjne. Ich zgromadzenie i doprowadzenie do publikacji było zadaniem Wiktora. On potwierdzi, że niczego nie oglądałem. Ale wiem, co tam jest.

A już po wydaniu płyty pan obejrzy?

Nie. Wolę oglądać innych, zdolniejszych.

Tak, a jak mocno obserwuje pan polską scenę muzyczną i w co się pan w niej wsłuchuje?

Co pan ma na myśli mówiąc „polska scena muzyczna”?

Zadając pytanie chciałem właśnie dociec, co pan darzy uznaniem, a co wywołuje reakcje alergiczną…

Nie mam alergii. Nie jestem też nałogowym tropicielem wszystkich młodych talentów. Skłaniam się raczej ku muzyce instrumentalnej, rzadko słucham współczesnego popu. Jestem dosyć ograniczony jeśli chodzi o skłonności melomańskie. Szczerze mówiąc — wolę czytać, niż słuchać. I tak już funkcjonuję od dawna, a nikt mi w to nie wierzy. Muzyka mnie nie doładowuje, tylko rozbraja. A po to, by samemu móc komponować, pisać i nagrywać potrzebuję mieć porządną baterię. Żadnych nazwisk nie wymienię.

Słuchając płyty „L” miałem właśnie wrażenie cudownego oderwania jakościowego i estetycznego, od tego co w Polsce się dzieje – mimo, że to nagrania z różnych lat – na narzucanie od pierwszego wersu kiczowatego tekstu.

Nie mam wątpliwości, że w różnych czasach ludziom są różne rzeczy do szczęścia potrzebne. Byłbym kompletnym idiotą, gdybym zakładał, że moje piosenki z lat dziewięćdziesiątych czy jeszcze wcześniejsze będą tak samo odbierane przez młodych ludzi dzisiaj. To byłoby niepoważne. Zakładam, że ta skłonność do obcowania ze słowem, do budowania i bazowania na słowie jako konstrukcji jest raczej trwała, tak jak trwałe są inne nasze odruchy. Cała humanistyka na tym polega. Nie chcę nikomu sugerować moich gustów, bo to nie ma żadnego sensu. Może by miało, gdybym był nauczycielem. Może… Od zawsze moimi sprawami były teatr i poezja. Zawsze, odkąd zacząłem to robić. Każdy chłopiec w pewnym wieku musi się zdecydować kim chce być, albo – jak mówił klasyk – kogo chce udawać. „Wszyscy w życiu kogoś udajemy, najważniejsze, żeby się szybko zdecydować — kogo” – nie pamiętam kto to powiedział, ale to bardzo ładne.

Potwierdza pan, że jest pan osobą niezwykle wyczuloną na język. Jak pan teraz, w mocno zwulgaryzowanych czasach, czerpie wiedzę o kulturze, sztuce, czy zwyczajnie o świecie. Czy jesteś jakaś ściana, przez którą pan nie przechodzi np. unika pan mediów społecznościowych?

Zastanawiam się, dlaczego ludzie muszą sobie cały czas sprawiać przykrość przez kwestionowanie tego, co sami robią. Nie bardzo rozumiem dlaczego miałbym nie chcieć czegoś programowo robić tylko dlatego, że urodziłem się w tzw. innych czasach. Czasy są zawsze dzisiejsze. Dla mnie przyjemnością jest widok mojego ponad osiemdziesięcioletniego taty, który korzysta ze wszystkich możliwych urządzeń elektronicznych, posługuje się emailem, czyta ebooki itd. To jest dla mnie przyjemność, a nie zastanawianie się czy jakaś panienka z drugą koleżanką piszą głupoty na fejsie. To jest ich życie. Chociaż dawno temu można było wyczytać u Lema, że ludzkość sprawia wrażenie takiej organizacji, która wszystko, co wymyśli obraca potem przeciwko sobie. Nie chcę jednak zwariować. To jest nasze życie, to jest ten czas. Nie mam natury człowieka, który by wszystko kontestował. Wydaje mi się, że to jest problem naszego pokolenia, że chcemy być nowocześni, a jednocześnie kwestionujemy swoją nowoczesność – boimy się, że coś robimy nie tak.

Nie mam wrażenia opresji ze strony mediów. Telewizora nie widziałem od trzech miesięcy. Ale to jest mój wybór. Jedyne, co bym mógł uznać za przekroczenie pewnych moich wyobrażeń o tym, jak ludzie powinni się traktować, jest pokazywanie i usprawiedliwianie przemocy.

Pamiętam taki moment w latach 1989-1991, kiedy mówiono nam wręcz, byśmy nie przejmowali się, że czasy i język stają się brutalniejsze. Że to cena transformacji i okres przejściowy. Tymczasem mamy już 2017 i… jest jeszcze gorzej. I nie mówię tylko o polityce, mówię tu o tym, jak polaryzujemy każdą rzecz w życiu, o wszystko musimy się kłócić.

Bardzo bym chciał się z panem nie zgodzić, ale brutalność w słowach zamienia się w brutalność w zachowaniach, w tym, jak się odnosimy do innych na ulicy. Dlatego mówię o pokazywaniu przemocy. Jest taka piosenka na płycie „L”, która pochodzi z cyklu „Twój dekalog”, czyli z lat dziewięćdziesiątych: „nie zabijaj na ekranie, nie patrz na zabijanie”. W jakimś sensie jest to skrót tego, o czym mówię: pokazywania i obcowania z przemocą poza np. teatrem. Owszem, u Szekspira trup ściele się gęsto. Ale mówię o dosłowności. Teraz każdy musi sobie to w głowie uporządkować. Zwłaszcza w tzw. dzisiejszych czasach.

I jak wynika z pana obserwacji - do czego to prowadzi?

Każdy, kto ma elementarną świadomość historyczną, musi sobie w pewnym wieku zadawać pytanie – a czy mnie przypadkiem nie spotka to, co moich dziadków. Czy ja nie spotkam się z prawdziwą przemocą, z prawdziwą brutalnością, a nie tylko z tą, z którą znam z filmów. Musimy zadawać sobie takie pytanie, bo jako pokolenie zachorowaliśmy na obrazowanie tej przemocy i na jej — w jakimś sensie — gloryfikację. To cały czas jest samospełniająca się przepowiednia. I to nie chodzi o sam akt kryminalny, tylko o przyzwolenie na brutalność.

Czyli zaczyna się od tego, że w tramwaju nie zwrócimy uwagi?

Ostatnich kilka lat jest tu, gdzie mieszkamy, czyli w Europie – podkreślam, że to nie jest tylko problem Polski – okresem wzrastającego pobłażania dla brutalności. Jeszcze nie takiej, która decyduje o losach ludzi, ale już takiej, która decyduje o zmianie relacji. Nic więcej nie powiem, bo musiałbym mówić o rzeczach, których wolę się nie spodziewać.