Dziennik Gazeta Prawana logo

Gorący dance z zimnej Skandynawii ma sens

2 listopada 2009, 10:10
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Żeby podbić fanów pochodzącej z Norwegii Annie oraz Szwedce Sally Shapiro wystarczył urok osobisty, pomysłowy producent oraz przemyślana reklama. Tak narodziły się płyty "Don’t Stop" i "My Guilty Pleasure" - niszowa muzyka taneczna z poważnymi widokami na komercyjny sukces.

Dzięki ekspansji internetu popgwiazdy doczekały konkurentek, które nie potrzebują drogich teledysków i wielkiego show. Pierwsza z nich w 2004 roku po sukcesie albumu "Anniemal" została okrzyknięta "następczynią Kylie Minogue". Druga w 2007 roku wraz z "Disco Romance" stała się "nową królową italo disco".

Norweżka spróbowała wykorzystać szansę i po zdobyciu nagród w kraju ruszyła na podbój Anglii i Ameryki. Jej nowy album miał być nawet produkcją dużego koncernu – niestety ostatecznie nie spełnił oczekiwań komercyjnych. Natomiast Szwedka o pseudonimie razem z Johanem Agebjoernem ostatnio tylko zlecili znajomym artystom remiksy swoich utworów oraz zaczęli udzielać wywiadów i częściej się pojawiać w prasie. A płytę bez szczególnych niespodzianek potraktowali jako kontynuację debiutu. Kto lepiej na tym wyszedł?

Niestety, obie panie straciły główne atuty, jakimi jeszcze kilka lat temu były ich świeżość i oryginalność. . Od otwierających płytę Annie utworów "Hey Annie" oraz "My Love is Better" wyprodukowanego przez grupę producentów Xenomania z gościnnym udziałem Aleksa Kapranosa (Franz Ferdinand), nie ma wątpliwości, że "Don’t Stop" ma być profesjonalnym popowym krążkiem. Annie składa hołd Donnie Summer w "Song Remind Me of You", przypomina młodą Madonnę w "Don’t Stop", a w "Marie Carie" udaje Goldfrapp. Wciąż jej głos brzmi delikatnie, a sposób śpiewania może uwodzić. Nie brakuje w tym zestawie niezłych przebojów, chociaż za dużo tutaj łatwych kopii i oczywistych rozwiązań – jakby artystka za daleko poszła w tej pogoni za komercyjnym sukcesem.

p



Swój styl postanowiła też na "My Guilty Pleasure". Najmocniejsze fragmenty płyty to "Miracle" i chwytliwe "Save your Love", które zostały podbite jednostajnym tanecznym rytmem i poprowadzone tandetnymi brzmieniami syntezatorów w stylu lat 80. Artystka, wspomagana przez producenta Johana Agebjoerna, może i konsekwentnie zmierza tropem ostatnich projektów Studia, Chromatics czy Junior Boys, ale nie jest to już aż taki wysublimowany pop jak dawniej. Zdecydowanie za mało tutaj nastrojowych i melancholijnych momentów jak w "Looking at the Stars" czy "Let it Show".

Krótko mówiąc, tandem bez skrupułów wszedł w niezbyt ambitną konwencję muzyczną. Jednak jakich by błędów nie wytykać, to na tle produkcji Little Boots, La Roux czy nawet Lady Gagi, zarówno Annie, jak i Sally Shapiro wypadają przyzwoicie. Szkoda tylko, że nowymi albumami znów nie uda im się przebić do mainstreamu. Bo zasłużyły, żeby opuścić swoją niszę.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj