Dziennik Gazeta Prawana logo

Western jazz i hołd dla muzyki żydowskiej

23 lutego 2010, 14:48
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Western jazz i hołd dla muzyki żydowskiej
Inne
Narzekamy, że polska muzyka jest zlepkiem przeróżnych wpływów i inspiracji płynących ze świata. O tym, że może ona być sklejona z cytatów, a zarazem oryginalna, poważna i wybitna, przekonują choćby wydane właśnie płyty formacji Mitch & Mitch i Cukunft.
fr_itstikeyt_fargan_275156a_566004.jpg
Cukunft - "Itstikeyt Fargangenheit"

9-osobowego combo Mitch&Mitch pokazuje, że choć to wariaci, to najzupełniej świadomi jakości swojego wirtuozerskiego rzemiosła. Ich dokonania są zarazem eklektyczne i autoironiczne – a to rzadkie połączenie na polskim gruncie. Z kolei dwupłytowy album Cukunftu przeczy ustalonym wyobrażeniom o muzyce klezmerskiej, która dziś w Polsce funkcjonuje jak kulturowy skansen. Na tej płycie motywy z pieśni Żydów sefardyjskich przenikają się z wpływami kultury chasydzkiej, a wszystko spina żałobne brzmienie klarnetów (Paweł Szamburski, Michał Górczyński) i gitary elektrycznej (Raphael Rogiński). Uwspółcześnienie muzyki żydowskiej na siłę nie było jednak celem Rogińskiego. „Itstikeyt/Fargangenheit” (czyli teraźniejszość/przeszłość w jidysz) to swoisty koncept-album, którego brzmienie opiera się wprawdzie na tradycji, ale pokazanej bez stylistycznych przebieranek.

Pierwszy krążek albumu to rzeczony Itstikeyt – czyli to, co jest teraz. Zapis zeszłorocznego koncertu Cukunftu w poznańskim klubie Dragon jest imponującym improwizacyjnym korowodem brzmień z pogranicza free jazzu i żydowskiej muzyki rozrywkowej. I wierzcie lub nie, mimo niedoskonałości nagrania dokonanego w klubie jest to jedna z najlepszych polskich płyt, jakie ostatnio się ukazały. Hipnotyczne improwizacje „free” tworzą coś w rodzaju magicznego, wciągającego kręgu brzmień, w którym żydowska muzyka zyskuje drugie, lepsze życie.

fr_mitch_mitch_cuku_275157a_566026.jpg
Western jazz i hołd dla muzyki żydowskiej

Druga płyta zestawu, zatytułowana „Fargangenheit” to rodzaj refleksji o świecie, którego już nie ma. Świadczy o tym wybór pieśni legendarnych twórców żydowskich, teksty i wybitne ich interpretacje (np. Ewy Żurakowskiej). To dokument różnorodnej studyjnej działalności Cukunftu w latach 2004 – 2006, ale brzmi jak spoista, cudownie wzruszająca opowieść o żydach. Kameralny, lekko bluesowy akompaniament gitary Rogińskiego kreśli perspektywę dla tego albumu i dla samego Cukunftu – eksperymentu, w którym awangarda spotyka muzyczną tradycję i próbuje ją inteligentnie oswoić. Rogiński ze świetnym rezultatem spróbował zawalczyć z zakurzonym wykonawstwem klasyki już w zeszłym roku, wydając płytę „Bach Bleach”. Tu prezentuje podobne podejście, w którym cisza, szum, delikatne zawieszenie frazy mają wartość równą melodii. Muzykom grającym w sposób najzupełniej współczesny fenomenalnie udaje się wyważyć emocje między dwiema różnymi epokami. To walka wyobraźni z konwencją, w wyniku której ckliwa elegancja przedwojennych piosenek przywołuje obraz tej muzyki, jaką mogłaby być dziś. Niebagatelne znaczenie mają tu studia nad orientalną muzyką najnowszą i projekty, którym sporo czasu poświęca Rogiński. Jeden z najwybitniejszych polskich gitarzystów, do tego erudyta, jest zaprzeczeniem akademickich podziałów na artystów klasycznie kształconych i awangardowych naturszczyków.

W tym momencie Cukunft spotyka się z , zespołem, który właśnie błysnął płytą Najpierw trzeba zastrzec, że wszystko, co przeczytacie o nich we wkładce do tego krążka, jest nieprawdą, więc się tym nie zajmujcie. No może poza tym, że rzeczywiście wkraczają, jak sami o sobie piszą, na „obszar niezbadanych muzycznych poszukiwań”, lecz w nieco innym sensie. Bo to pierwszy polski zespół, który gra, jakby nie chciał być rozpoznany. Dzięki tej transparencji niemożliwe staje się wyśledzenie, kiedy Mitch&Mitch przestają być inspirowani, a zaczynają być oryginalni. I to właśnie jest najfajniejsze.

Fanom jazzu będzie płyta pobrzmiewać filmworksami Johna Zorna i późniejszymi płytami Milesa Davisa. Jednak „XXII Century Sound Pioneers” to ważne osiągnięcie w polskiej muzyce. Utwory kipią od pomysłów i melodii, a każda jest niczym jak odrębna ilustracja westernu czy kina sensacyjnego. Mitch&Mitch uciekają w błyskotliwą improwizację, która jednak nie odbiera uroku kompozycjom, lekko stylizowanym na orientalne melodie lub utrzymanym w estetyce muzyki rozrywkowej i jazzu lat 60. i 70.

Gdzie wielkość tej płyty? W genialnej umiejętności grania konwencjami. Mitch&Mitch w przewrotny sposób wracają do dobrej tradycji, do polskiej szkoły kompozycji sprzed bez mała pół wieku, która do dziś pozostawała bez następców. I udowadniają, podobnie jak Cukunft, że jak się zbierze grupa świetnych muzyków, to muzykę do wesela i do kotleta też można wynieść na ołtarze. Oczywiście – z szacunkiem dla ołtarzy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj