Dziennik Gazeta Prawana logo

Peter Hayes: Ewolucja nas nie dotyczy

21 maja 2010, 15:03
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Peter Hayes: Ewolucja nas nie dotyczy
AP
Co stało się z rock’n’rollem? - śpiewali na początku kariery członkowie Black Rebel Motorcycle Club, a przez kolejną dekadę starali się znaleźć odpowiedź na to pytanie, jeżdżąc po świecie. Nie byli nigdy gwiazdami, ale takimi wydawnictwami jak "Beat The Devil’s Tattoo" wciąż budzą duży szacunek. Na kilka dni przed koncertem w Warszawie rozmawiał z nimi Jacek Skolimowski z „Kultury”.

Co ty, kiedyś to było dopiero ciężko. Myślę, że jesteśmy właśnie we właściwym czasie i miejscu. Dzisiaj brakuje zespołów, które potrafią żyć rock’n’rollem, są w stanie poświęcić karierę po to, żeby grać taką muzykę, jaką lubią. I nie jesteśmy sami, mamy wielu znajomych którzy myślą podobnie.

Myślę, że większość z nas nie była wtedy do końca świadoma tego, co działo się wokół. Nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. A muzyka, którą graliśmy, była po prostu szczera, prawdziwa i doskonała. Ale show-biznes rządzi się własnymi prawami – media musiały wykreować modę, a wytwórnia zarobić na niej. Wiele zespołów dało się na to złapać i przestały być autentyczne w tym, co robią. Mogę mówić tylko za siebie – my nigdy nie byliśmy częścią żadnej sceny i jesteśmy wciąż konsekwentni.

To prawda, od początku słyszeliśmy ciągłe narzekania na to, że za mało sprzedaje się naszych płyt. W związku z tym różni wydawcy próbowali nam wynajmować lepsze studia i innych producentów, niż chcieliśmy, żeby nasze brzmienie było czyste, a piosenki melodyjne. Dla nas takie kompromisy w ogóle nie wchodziły w grę. Nie zgadzaliśmy się też na to, żeby sprzedawali nasze piosenki do reklam, co też strasznie ich denerwowało, bo nie mogli w ogóle na nas zarobić. Wysyłali nas w ramach promocji na wywiady do różnych rozgłośni radiowych, ale szkoda było nam czasu na gadanie z dziennikarzami, których nie obchodziła nasza muzyka. Skończyło się na tym, że teraz wydajemy swoje płyty sami.

To dla nas normalny stan, prawie pół życia spędziliśmy, grając koncerty i jeżdżąc po świecie, ale bardzo to lubimy. Kiepskie jedzenie, nieprzespane noce, obskurne miejsca, dla nas to codzienność i zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Z kasą też bywa u nas różnie, bo wszystkie pieniądze staramy się ładować w muzykę. Przez te lata nie dorobiliśmy się jeszcze ani własnych domów, ani samochodów – ale też nigdy nie było naszym priorytetem, żeby wieść spokojne życie. Po ostatniej trasie koncertowej nasi znajomi zaprosili nas do siebie do domu w Filadelfii, żebyśmy sobie trochę odpoczęli, bo wiedzieli, że i tak nie będziemy mieli gdzie się podziać. Dostaliśmy do dyspozycji obszerną piwnicę, gdzie zwaliliśmy sprzęt, odespaliśmy trochę i po kilku dniach znów zaczęliśmy jammować. Materiał na „Beat The Devil’s Tattoo” powstał więc naturalnie i bez żadnego stresu. Jednym, na co narzekaliśmy, to straszny mróz.

Te wszystkie rzeczy tkwią w naszej podświadomości i muzyka pozwala nam uwolnić nasze demony. Nasze utwory w jakimś stopniu odzwierciedlają nasze codzienne doświadczenia i wspomnienia relacji między nami w zespole, naszych prywatnych związków oraz spostrzeżeń dotyczących polityki czy religii, które gromadzimy, podróżując po świecie. Rzeczywiście często sięgam też po motywy biblijne, bo są mi bliskie i pozwalają wiele wyrazić. Wychowałem się w tradycyjnym domu, chodziłem z rodzicami do kościoła i te wszystkie przerażające obrazy ze Starego Testamentu mocno utkwiły w mojej pamięci i często do nich powracam. Podobny nastrój znalazłem również w opowiadaniach Edgara Allan Poe, które podrzuciła mi nasza nowa perkusistka Leah Shapiro. A na tytuł płyty wybrałem akurat cytat z „Diabła w wieży”, bo najlepiej oddawał charakter nagranej przez nas muzyki.

Zaskakująco szybko i dzięki niej od razu polepszyła się atmosfera w zespole. Wcześniej w składzie było trzech facetów, którzy spędzali ze sobą dużo czasu, mieli do siebie pełne zaufanie, chociaż czasem zachowywaliśmy się jak dzieci. Nawet jeśli nie mogliśmy już na siebie patrzeć w autobusie, kiedy wychodziliśmy na scenę, graliśmy razem i dawaliśmy ujście negatywnym emocjom. W ten sposób z Nickiem Jago przeżyliśmy wiele ciężkich lat, ale jemu coraz mniej zależało na zespole. Do tego dochodziły jeszcze jego problemy z narkotykami i alkoholem. Po kilku akcjach miarka się przebrała. Na ostatnią europejską trasę zaprosiliśmy Leah, którą znaliśmy z nowojorskiego zespołu Dead Combo. W dwa tygodnie nauczyła się całego repertuaru, a potem bez problemu zniosła wszystkie trudy podróżowania z nami i w ogóle nie marudziła. Cieszę się, że dorośliśmy do tej decyzji, a w zespole pojawiła się nowa energia i wsparcie z jej strony przy tworzeniu piosenek.

Nie, uważam, że nas w ogóle nie dotyczy hasło ewolucja. My nie stawiamy na rozwój, ale na przyjemność grania muzyki i zabawę, jaką daje nam realizowanie pomysłów. Nie ma co się oszukiwać, idealny wzór na piosenkę dawno wymyślili bluesmani i nie da się już nic ciekawego wykombinować. Jasne, można zmieniać brzmienie, rozbudowywać aranżacje, ale wszystko i tak sprowadza się do tego, żeby trafić do słuchacza i umieć przekazać mu swoje emocje. A ja lubię hałas, lubię bluesa, lubię prawdziwego rock’n’rolla, lubię oszaleć przy muzyce i odczuwać takie dreszcze, jak oglądając moje ulubione horrory.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj