Dziennik Gazeta Prawana logo

Muzyczny cinkciarz

13 października 2007, 15:01
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Być jak Frank Sinatra - każdy by chciał. Michael Bublé nawet bardzo. Tyle że na nowej płycie "Call Me Irresponsible" w kopiowaniu mistrza przekracza już granice dobrego smaku.

Właściwie sam jest sobie winien. To on wypromował modę na reanimowanie starych hitów. Ale jeśli facet przebiera się za Sinatrę, by zrobić przyjemność dziadkowi, potem robi to publicznie na weselach i rautach, a wreszcie sprzedaje 11 milionów płyt - to wszystko musi robić wrażenie na kumplach z branży. Nic dziwnego, że cała armia swingujących kolegów oraz koleżanek zalała rynek zakrawającymi na muzyczne cinkciarstwo coverami standardów muzyki rozrywkowej.

Bublé był wśród nich najlepszy. "Come Fly With Me", "Fever" i inne starocie zyskały dzięki niemu drugie życie. Wyśpiewane z jazzującym frazowaniem i niesamowitą energią znów brzmiały świeżo i mocno. Sprawiały, że chciało się tańczyć na parkietach dancingów, na których on śpiewa.

W przypadku pierwszego przebojowego krążka mieszkańca Vancouver zatytułowanego dla ułatwienia "Michael Bublé" pomysł na reaktywację wydawał się świeży i chrupiący niczym francuskie (a w tym przypadku kanadyjskie) bułeczki. Kolejny "It’s Time" (2005) powielał ten schemat, ale wciąż smakował. Najnowsza produkcja to już pieczywo mocno wczorajsze.

Znów mamy zestaw powtórkowy. 11 klasycznych tematów jazzu, soulu i rocka w nowych aranżacjach, często przedziwnych. Nagrywając "Call Me Irresponsible", kanadyjski wokalista sięgnął m.in. po jedną z najpiękniejszych ballad w repertuarze Erica Claptona. Gdyby więzieniem karano za złe rady, to producent albumu David Foster, który kiedyś odkrył Michaela jeżdżącego po kraju z musicalem "Forever Swing", a teraz podsunął mu pomysł współpracy przy "Wonderful Tonight" z Brazylijczykiem o słodkim głosie Ivanem Lensem, powinien na długo pójść za kraty. Bez możliwości zawieszenia albo skrócenia odsiadki.

Na świętokradztwo zakrawa także przeróbka songu "I’m Your Man" Leonarda Cohena. Ten ostatni utwór Bublé nazywa jednym z najseksowniejszych w historii, zaś spotkanie z bardem wspomina w kategoriach wielkiego przeżycia na miarę rozmowy z najsłynniejszym kanadyjskim hokeistą Wayne’em Gretzkym. Więc czemu zrobił idolowi coś takiego? Kopanie bankrutującego to już przesada. Podobnie jak wyciąganie z lamusa chłopaków z Boyz II Men.

Najlepiej w całym zestawie wypadają autorskie kompozycje wokalisty - kawałki "Lost" i "Everything". Szkoda że tylko dwa. Trochę to mało jak na muzyka, który przy okazji premiery poprzedniego albumu zapowiadał, że odtąd zabiera się za pisanie własnych piosenek. "Nie jestem tak dobrym kompozytorem jak Cole Porter, więc zacznę od jednej piosenki, ale się rozkręcę" - opowiadał dziennikarzom. A może spędził zbyt wiele nocy na zastanawianiu się, jak jeszcze bardziej wyśrubować sprzedaż nowego krążka.

Twórcy "South Parku" zażądali kiedyś, by Kanada przeprosiła za Bryana Adamsa. Powinna też przeprosić za bubelka, którego podrzucił nam Michael Bublé. Tym razem nawet świetnie skrojone garnitury nie pomogą.


Michael Bublé
"Call Me Irresponsible"
Warner Music

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj