Dziennik Gazeta Prawana logo

Muzycy w hołdzie polskiemu Morrisonowi

27 lipca 2009, 10:34
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Tegoroczna edycja zakończonego w weekend XI. festiwalu im. Ryśka Riedla pokazała, że rock i blues wcale nie umarły. Ta muzyka ma wciąż ogromną siłę przyciągania tłumów spragnionych autentyzmu. W tym roku do Chorzowa zjechało około 10 tysięcy ludzi, aby upamiętnić tragicznie zmarłego piętnaście lat temu lidera grupy Dżem.

Tegoroczny, jedenasty festiwal "Ku przestrodze" po raz pierwszy odbył się w Chorzowie, gdzie Riedel urodził się i gdzie zmarł, a nie w Tychach (tam muzyk mieszkał i tam go pochowano). i gigantyczny parking dla setek motocykli, którymi na doroczne spotkanie przyjeżdżają miłośnicy bluesowego i rockowego grania. Atmosfera była nieco inna niż nad jeziorem Paprocany – nie było ognisk i jamowania wieczorami. Zamiast tego jak na Woodstock namioty z piwem i kiełbaskami, stoiska z gadżetami i tradycyjne oczko wodne ku pamięci Ryśka Riedla. Lepsza organizacja, czyściej i łatwiej wszędzie trafić. A jednak byli tacy, którym zmiany kojarzyły się z zamianą festiwalu w festyn.

– i byłoby to wtedy wielkie wydarzenie. W końcu zobaczyć na jednej scenie nie zdarzało się często. Tylko dowodzony przez Sebastiana Riedla zespół i formacja Raya Wilsona nie załapałyby się do klasycznego zestawu wykonawców – zresztą ich koncerty należały do najsłabszych punktów programu. Otwierające imprezę zaprezentowało cięższe i ostrzejsze wersje utworów z ubiegłorocznej płyty przeplatane wycieczkami w przeszłość z hendriksowską gitarą Waglewskiego i popisami Mateusza Pośpieszalskiego.

Świetny koncert dał . nie odgrywało tylko popularnych kawałków, ale dało pokaz ciężkiego grania na pograniczu jazzu, bluesa i elektronicznego rocka. Janek „Kyks” Skrzek na czele śląskiej supergrupy bluesowej z Leszkiem Winderem, Michałem Giercuszkiewiczem zagrał jak za najlepszych lat swoje śląskie ballady. A wydarzeniem z kategorii nostalgicznych były występy . Ta pierwsza, legendarna formacja z Winderem, Ścierańskim i Błędowskim, odegrała uwspółcześnione wersje starych instrumentalnych kawałków z energią jak na początku lat 70. Występ Kasy Chorych nabrał rumieńców dopiero w finale, gdy na scenie pojawił się gościnnie Andrzej Urny i rozgrzewał publiczność gitarowymi solówkami.

Największym wydarzeniem imprezy był jednak znakomity koncert . Dynamiczny, świetnie skomponowany, choć bazujący na sprawdzonych hitach. A jednak „Autobiografia”, „Nie płacz Ewka” czy „Ale wkoło jest wesoło” zabrzmiały z chorzowskiej sceny tak samo świeżo jak 25 lat temu i rozgrzały publiczność do czerwoności. Wzruszony Grzegorz Markowski wychodził na bis ze łzami w oczach.

p

Tradycyjnie na finał zagrał . Zagrał bardzo dobrze – oprócz starych kawałków odśpiewywanych chóralnie przez tłum fanów grupa zaprezentowała kilka kompozycji z przygotowywanej na wiosnę przyszłego roku kolejnej płyty. , a przez dwa dni unosił się ten sam hippisowski duch, o który na skomercjalizowanych imprezach coraz trudniej.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj