W 1985 roku na festiwalu w Sopocie triumfował zespół Herrey’s. W Opolu najpopularniejsze były piosenki "" zespołu Bolter oraz "" Anny Jurksztowicz. Ale to nie był jedyny przekaz muzyczny. W notowaniu numer 170 Listy Przebojów Programu Trzeciego z 6 lipca na pierwszym miejscu znalazło się nagranie "" zespołu Depeche Mode. Z anteny Marek Niedźwiecki przypomniał o tym, o czym fani wiedzieli już od dawna – 30 lipca na warszawskim Torwarze wystąpi Depeche Mode. – – opowiada Ewa Kowalik, która w koncercie uczestniczyła. W czasach, w których nie było internetu i Facebooka, był to jedyny sposób, by dowiedzieć się o występie.
Organizatorem koncertu była Polska Agencja Artystyczna PAGART. Pracował w niej Andrzej Marzec, który do dziś jest znany też dzięki firmie Andrzej Marzec Concerts, która do Polski ściągnęła m.in. Patti Smith, Petera Gabriela, The Cure, Toto i wielu innych znanych artystów. To, co w warunkach gospodarki wolnorynkowej i Unii Europejskiej wydaje się stosunkowo proste, wtedy było nie lada wyzwaniem.
Zagadać z pierwszą ligą
Depeche Mode nie było zespołem tak kultowym jak teraz, istniało raptem od 5 lat, ale miało na swym koncie cztery płyty – wszystkie lądowały w pierwszej dziesiątce najchętniej kupowanych krążków w Wielkiej Brytanii. I prawdą jest, że zespół był rozchwytywanym, gorącym towarem koncertowym.
- – opowiada Andrzej Marzec. -
Wyjazd za żelazną kurtynę, czyli do krajów socjalistycznych, był ważny dla wielu zespołów, nawet jeśli ich twórczość wprost nie wzywała do wyrywania murom zębów krat. Niemal wszyscy wykonawcy chcieli pojechać do Związku Radzieckiego. Była w tym ciekawość połączona z chęcią zagrania dla nowej publiczności, nawet jeśli dzięki koncertom nie dało się sprzedać więcej płyt, bo rynek fonograficzny z zachodnim repertuarem – ani legalny, ani piracki – praktycznie nie działał.
Wiele mówiło się o tym, że koncert Depeche Mode doszedł do skutku tylko dlatego, że zespół chciał pojechać do Związku Radzieckiego. Jednak – według spiskowej teorii dziejów - ze względu na przeszkody polityczno-finansowe dojechać tam nie mógł.
- – potwierdza Andrzej Marzec -
Trzeba się było uprzeć
Państwowy promotor, o którym mówił Andrzej Marzec, w krajach socjalistycznych kontrolował wszystko. U nas musiał mieć pod kontrolą każdy występ zachodniego artysty w Polsce oraz każdy występ polskiego artysty za granicą. Ale nawet w tych warunkach dało się przeprowadzić negocjacje.
- – wspomina Andrzej Marzec.
Do koncertu w Polsce doszło, bo zespół chciał przyjechać i trafił na zdeterminowaną ekipę. To nie był jedyny koncert DM za żelazną kurtyną – 23 lipca, czyli tydzień wcześniej, zespół zagrał w Budapeszcie. To były jedyne koncerty w krajach demokracji ludowej. Pomiędzy nimi odbył się jeszcze występ jeszcze w Atenach.
Scena z desek i genialny elektryk
Dziś mamy dziesiątki firm, które w niemal 24 godziny stawiają i rozbierają scenę, zabezpieczają efekty, oświetlenie. Jak to wyglądało w 1985 roku?
-– wyjaśnia Andrzej Marzec. -
- – opowiada Andrzej Marzec. –
Ale problemy techniczne to nie wszystko. - – relacjonuje Andrzej Marzec.
Podczas kolejnych wizyt Depeche Mode w Polsce bywało różnie. Raz fani zablokowali Okęcie, nie dając niemal zespołowi wyjść z hali przylotów. W 1985 roku zespół przyleciał i odleciał samolotem rejsowym bez zamieszania. - – wspomina Marzec, który dodaje:
Bez limuzyny, za to na zapiekanki
Dziś legendy krążą o zachciankach gwiazd i długich listach rzeczy, których życzą sobie przed czy w trakcie koncertu. W 1985 r. organizatorzy występu Depeche Mode gotowi byli na wiele, ale kaprysów nie było. - – wspomina Marzec. -
- – wspomina Roman Rogowiecki, który w ramach współpracy z Pagartem opiekował się zespołem podczas dwóch dni pobytu Depeche Mode w Warszawie. –
Roman Rogowiecki pamięta, że w postawie muzyków nie odnajdywał też żadnych śladów gwiazdorstwa. –
Zakupów wielkich też nie było. –– wspomina Rogowiecki. W jego pamięci zostało coś innego. Lekko wygłodniali muzycy zobaczyli w okolicach Domów Centrum ludzi jedzących miejscowy fast food. –
Bilety ze stolika polowego
- - mówi Ewa Kowalik, mieszkanka Piaseczna, która w koncercie wówczas uczestniczyła. –
Fani opowiadają, że w Warszawie trzeba było pojawić się w domach Centrum, gdzie nie na jakimś specjalnym stoisku, a ze stolika polowego sprzedawano bilety. Te kosztowały 1300 złotych. Nie było to ani bardzo dużo, ani mało – średnia miesięczna pensja w tamtym czasie wynosiła trochę ponad 20 tysięcy złotych. Dla lepszego porównania – litrowy słoik ogórków konserwowych kosztował 110 złotych, a telewizor kolorowy "Jowisz" – 90 tysięcy złotych.
Pani Ewa wspomina, że nie było jej, osoby jeszcze niepracującej, na bilet stać i dlatego na wejściówkę zrzuciła się cała rodzina, z babcią włącznie. Jak wspomina, na trawniku przed Torwarem był zgromadzony spory tłum fanów. Wtedy jeszcze – mimo że zespół był rozpoznawalny – nie było tylu ludzi wystylizowanych na depeszy. Ale pojawiali się. Najwięcej osób było wystylizowanych na Martina Gore'a.
- – wspomina Andrzej Marzec. -
- – opowiada.
Wejście na lewo kosztowało tysiąc złotych. Ponoć na Torwarze od lat pracowali ludzie, o których wiedziano w Warszawie, że przy okazji imprezy tam organizowanej – czy to muzycznej, czy to sportowej - dał się wejść na lewo. -
Dave nie tak uwodzicielski
Zespół wykonał 19 nagrań. Tak wyglądała tracklista:
Something To Do
Two Minute Warning
Puppests
If You Want
People Are People
Leave In Silence
New Life
Shame
Somebody
Shake The Disease
Lie To Me
Blasphemous Rumours
Told You So
Master And Servant
Photographic
Everything Counts
See You
Shout!
Just Can't Get Enough
Panie Ewie najbardziej w głowie zostało "" - - wspomina i dodaje: -
Jak można zobaczyć poniżej, nagłośnienie (mimo niektórych wspomnień fanów) było przyzwoite. Fani śpiewali wiele z granych piosenek. A zespół - mimo ostatniego koncertu w trasie - w doskonałej formie.
- - opowiada Pani Ewa -
Koncert został zarejestrowany nielegalnie (lub jak kto woli nie do końca legalnie) i jest dostępny zarówno w postaci bootlega, jak i nagrania na YouTubie.
– – wspomina Pani Ewa. –
- – wspomina z żalem Andrzej Marzec.
Imitacja ochroniarza
Po koncercie zespół chciał pójść jeszcze do warszawskiego klubu. Tu nie było ani Andrzeja Marca, ani Romana Rogowieckiego, wiemy więc tylko z relacji fanów, że pojawili się klubie Park. Towarzyszył im ktoś z ekipy technicznej, kto imitował ochroniarza. I ponoć zespołowi w Parku podobało się – mówiąc ogólnie – umiarkowanie.
- - mówi Andrzej Marzec. -
A fani zgodnie do dziś mówią jasno: od tego koncertu datujemy powstanie subkultury fanowskiej Depeche Mode w naszym kraju.
Tak zaczynała się depeszomania. Zobaczcie, mimo jakości VHS.