MARCIN CICHOŃSKI: Ty bywasz kiedyś smutny?

KRZYSZTOF SOKOŁOWSKI: Dobre pytanie, bo wiele osób myśli, że jesteśmy jak wiecznie uśmiechnięte pomniki. Jak przychodzimy na wywiady to dziennikarze z reguły zakładają, że będzie wesoło. Z jednej strony jest to fajne i zrozumiałe, ze względu na to, co robimy. Problem pojawia się wtedy, gdy wchodzimy w interakcję z fanami – np. ktoś spotyka nas na mieście. Wiesz – zazwyczaj są to miłe spotkania. Ale czasem ludzie nie wiedzą, gdzie jest ta granica, bariera, bo im się wydaje, że oni nas znają już na wylot. Że jesteśmy od lat przyjaciółmi, kumplami, bo takie mamy przesłanie, taki jest wydźwięk Nocnego Kochanka. Była taka sytuacja bodajże w Toruniu – gość podszedł do nas po koncercie i myślał, że jest na tyle naszym kumplem, że mnie i Arkowi zaczął sutki wykręcać, przyduszać i krzyczeć „zajebiście, idziemy się napić!”. W sumie nie stronimy od imprezowania, ale tak naprawdę człowieka nie znaliśmy. Kiedyś rozmawiałem o tym z Joanną Kołaczkowską, zaraz po tym jak wyszła nasza pierwsza płyta. Powiedziała, że przez to, że jest ikoną (ona tego słowa nie użyła, to ja dopowiadam) kabaretu to każdy kojarzy ją jako „jajcarę”. Że Kołaczkowska to jest człowiek wiecznie uśmiechnięty, wiecznie wyluzowany. I po koncercie ktoś podchodzi i zaczyna jej włosy targać i zagadywać jak koleżankę. To jest i błogosławieństwo i przekleństwo – fajnie być postrzeganym pozytywnie i wszyscy w zespole tacy jesteśmy. Ale nie jesteśmy robotami i miewamy smutniejsze chwile.

Piotr Bałtroczyk powiedział mi kiedyś, że ludzie, którzy dostarczają rozrywkę i śmiech zazwyczaj są smutnymi introwertykami.

Weźmy na tapetę Robina Williamsa. Uchodził za gościa, który się pojawiał w komediach, był Panią Doubtfire, rozśmieszał, a za tym się kryła ogromna depresja. Mam nadzieję, że to u nas nigdy nie nastąpi.

Krzysiek, obrażasz się, gdy ludzie nazywają Was kabaretem?

Zastanawiam się nad samym słowem „kabaret”. Zależy, co kto ma na myśli. To słowo jest niejednoznaczne…

Jako grupę ludzi mającą dać rozrywkę, śmiech, humor.

Oczywiście, że się nie obrażam. Jakby nie było jesteśmy zespołem kabaretowym. Robimy sobie jaja, teksty są przerysowane. To heavy metal pokazany w krzywym zwierciadle.

A boisz się sytuacji jaka miała miejsce na koncertach Sławomira? Na jego występ w warszawskiej Stodole ludzie zwyczajnie nie przyszli… Nowa płyta musi powstać, by w kółko nie powtarzać „Pierwszego nie przepijam”.

Mówi się, że żart powtarzany kilkukrotnie nie śmieszy. Rozmawialiśmy o tym z chłopakami wielokrotnie. Jesteśmy fanami zespołów, które grają prześmiewczą muzykę, jak Tenacious D. To jeden z moich ulubionych zespołów, ale ich najnowsza płyta, jest aż za bardzo abstrakcyjna, nawet dla mnie i niestety - muzycznie też mnie nie porwała. Od wielu lat grają bardzo duże koncerty i wydaje się, że mają się całkiem dobrze, choć wiem, że Jack Black traktuje to jako dodatek, bo jest rozchwytywanym aktorem. 

Jednak gdy zaczęliśmy analizować ich karierę od początku, pomyśleliśmy: Tenacious D nagrali jedną płytę, ludzie się pośmiali, nagrali drugą – ludziom znów się podobało. Przy trzeciej też nie było źle. Zdaliśmy sobie sprawę, że żart opowiedziany dwu- lub trzykrotnie już nie będzie śmieszył, ale na każdej z tych płyt są przecież zupełnie inne żarty. Samo podejście jest to samo, ale żarty opowiadają o innych sprawach. Nowe kawałki i nowe kawały.

Lubisz Monthy Pythona?

Mam mieszane uczucia. To jest na tyle charakterystyczna konwencja… Nie jestem przeciwnikiem, tego nie można powiedzieć, ale nigdy nie byłem ogromnym fanem. Są pojedyncze skecze, które śmieszą mnie bardzo, ale niektóre to zupełnie nie ten rodzaj abstrakcji, który lubię.

Jednym z moich ulubionych jest ten, w którym pojawia się hasło: „przestałeś być zabawny”. To jest chyba najgorszy koszmar ludzi, którzy dostarczają rozrywkę i śmiech. Jak badać, co jest zabawne, a co nie?

To dość złożony problem, co zauważyłem po nas samych. Pamiętasz, jak widzieliśmy się przy okazji pierwszej płyty? Już wtedy było całkiem fajnie, a teraz urosło to do takich rozmiarów… Przy pierwszej czy przy drugiej płycie robiliśmy numer i tyle. Ale przy „Randce w Ciemność” zaczęliśmy się chyba niepotrzebnie zastanawiać i za bardzo oceniać swoje pomysły.

A na kim sprawdzacie?

Głównie między sobą. Jak ja lub Arek napiszemy tekst, to pokazujemy chłopakom. Mamy od kilku lat dosyć efektywną metodę pracy w zespole. Pokazujemy coś, widzimy spojrzenia. Ktoś mówi „fajne, ale nie wykorzystamy tego”.

No, to jest samo w sobie zabawne.

W ten sposób nikt nie jest urażony, to po prostu działa. Mam nadzieję, że te żarty, które prezentujemy na najnowszym wydawnictwie ludziom się spodobają.

Jako młody człowiek „Randkę w ciemno” oglądałeś na serio, czy dla beki?

Jak byłem dzieciakiem – oglądałem na serio. Po latach, przy okazji tej płyty szukałem, czy gdzieś w necie są dostępne jakieś fragmenty. Obejrzałem dwa-trzy i stwierdziłem, że trzydziestolatkowie musieli oglądać to dla beki. Formuła, podejście Jacka Kawalca, teksty ludzi. Kawalec chyba widział, że to jest komiczne, ale większość uczestników i publiczność traktowali to na serio.

Jak wygląda u was dyscyplina muzyczna. Ponoć bardzo, do przesady, dbacie o to, by grać dobrze. Heheszki heheszkami, ale to się muzycznie na scenie musi zgadzać.

Od początku staraliśmy się robić to jak najlepiej. Chcieliśmy, by dało się tego słuchać. Nie jestem po żadnej szkole muzycznej, ale zawsze starałem się być w miarę ambitny. To słychać, jeśli ktoś prześledzi jak brzmieliśmy, kiedy graliśmy jako nastolatki w Night Mistress albo Nemesis. Gdyby tak przesłuchać wszystkie płyty z tamtych lat, takie półamatorskie podejście, to widać, że się rozwijamy. Słychać to i po kompozycjach i po warsztacie. Od zawsze zależało nam na tym, żeby grać i brzmieć jak najlepiej. Kiedy stwierdziliśmy, że nagramy płytę pod szyldem Nocny Kochanek, to musimy się zachować jak profesjonalni komicy. Taki komik wchodzi na scenę i prezentuje swoje żarty, ale wszystko ma przemyślane i fajnie wykonane. Myślę, że bardziej sensowne jest takie podejście do muzyki i tematu Nocnego Kochanka. Robimy wszystko, by było na jak najwyższym poziomie, a przynajmniej na ile potrafimy. Poziomie wykonawczym, muzycznym – po to, by ten żart można było powielać. W tym tkwi szkopuł – gdyby ktoś usłyszał Nocnego Kochanka i powiedział „dobra, są jajcarskie teksty, ale chłopaki nie potrafią grać”, to może by się z tego pośmiał, ale na dłuższą metę nie dałoby się tego słuchać. Naszą zaletą chyba jest to, że kompozycje same w sobie są słuchalne, że są to numery, które nucisz sobie w samochodzie czy pod prysznicem, bo wpadają ci w ucho.

Jak twoja kariera rockmana i komika była przyjmowana w szkole, w której pracowałeś. Pracowałeś – czas przeszły dokonany?

Tak, skończyłem przygodę ze szkołą prawie półtora roku temu.

Jak tam było na miejscu? Nauczyciel musi mieć autorytet, musi mieć posłuch. A tu facet, który śpiewa o „Dziewczynie z kebabem”…

Wbrew pozorom i trochę jak na ironię, to wydaje mi się, że przez to, że byłem mniej lub bardziej znany jako Nocny Kochanek, to młodzieży imponowałem. Pracowałem w gimnazjum. To jest taki wiek, kiedy zaczynają się pierwsze relacje damsko-męskie, pierwsze imprezy. Hormony szaleją. I co jest najważniejsze dla tych ludzi? Przecież nie szkoła. Wylansowanie się, poimprezowanie, pokazanie jakim jesteś fajnym, rozrywkowym człowiekiem. Wiedzieli, że mam spore doświadczenie w tej materii. To jakby trochę na opak, ale miałem wrażenie, że przez to darzyli mnie większą sympatią. Bardzo często się mnie radzili, albo zwierzali. Zdaję sobie sprawę, że o wielu sprawach mówili mi, a innym nauczycielom nie. Wiesz „on jest taki imprezowicz, zrozumie to”. Ile razy ja słyszałem o imprezach, o których nie chciałem słyszeć, bo potem nie wiedziałem co z tym zrobić. Czy zgłaszać do kuratorium, czy na prokuraturę… Pamiętam, jak w autobusie spotkałem mojego ucznia z 3 klasy gimnazjum. Opowiada mi coś o imprezach i mówi „wie pan, co ja panu będę mówił, prawiczkiem to ja już nie jestem”. Nie wyobrażam sobie, bym nauczycielom opowiadał takie historie.

Uczeń, mój wychowanek, usiadł na godzinie wychowawczej, rozmawialiśmy. Ja mówię „Robert, powiedz jak ta twoja dziewczyna”. On mówi: „eeeee wie pan, to już niekatulane”. Ja mówię, że mi przykro, a on „spoko, już jest następna”. Na tym nie koniec, bo on siedzi i myśli co by powiedzieć i pyta: „dotykał pan kiedyś kobiecych piersi” i sam sobie odpowiada „na pewno, no tak…”.
Kiedyś takie sytuacje spisywałem sobie, bo szkoda by było, gdyby to przepadło. Kiedyś podchodzi do mnie dziewczyna, uczennica trzeciej klasy i mówi: „to gdzie najbliższy weekend pan spędza, chyba Gdańsk co”? Ja na to, że Gdańsk to był zeszły weekend, teraz Białystok. „No tak, no tak… To w weekendy się pan relaksuje?” To ja tłumaczę, że to też ciężka praca, transport, występ itd. A ona jakby nie słyszała i mówi „tak, w weekendy pan się relaksuje, a potem musi się pan męczyć z tłumokami”. Tak, ją też uczyłem.

Legenda działała.

To, że działałem na dwa fronty chyba tylko pomagało. Rodzice trochę inaczej podchodzili do mnie. Wiedzieli, że na luzie mogą pogadać, może się mniej krępowali. Z rodzicami też miewałem sytuacje luźniejsze.

A kadra pedagogiczna patrzyła na ciebie normalnie, czy jak na wariata?

Zadziwiająco dobrze się z nimi dogadywałem. Prawda jest taka, że gdy odchodziłem ze szkoły to aż mi się łezka w oku zakręciła. Jak się żegna, to się zwraca uwagę na pozytywne aspekty, a o negatywnych się zapomina. Prawda jest taka, że w szkole miałem dużo fragmentów ciężkich. Do każdego ucznia trzeba mieć indywidualne podejście. Szczególnie w tym wieku. Było wiele sytuacji wywołujących napięcie – głownie z uczniami, bardzo rzadko z rodzicami, a już praktycznie w ogóle z nauczycielami. Dyrekcja od samego początku dostała ode mnie klarowną informację, że śpiewam, mam zespół i wiąże się to z wyjazdami na koncerty. Od razu miałem powiedziane od dyrektor, że ona to rozumie i na pewno się dogadamy. Słowa dotrzymała – przez wszystkie lata nie miałem problemów z graniem. Byłem natomiast ciekawy, jak zareaguje na Nocnego Kochanka. Teksty kabaretowe, nie każdemu muszą przypaść do gustu. I w pewnym momencie w pokoju nauczycielskim powiedziała: „Gratuluję panie Krzysztofie, w Empiku jest pan w bestsellerach… Ale ta nazwa – Nocny kochanek – tak się uśmiałam”. Po miesiącu zapytała „czy ja mogę liczyć na jakąś płytę, z autografem?”. Nie miałem wyjścia. Musiałem się otworzyć i wiedziałem, że płyty przesłucha. I z ciekawości potem sam zapytałem. „Pani dyrektor, jak teksty? Jak pani podchodzi do tego, że tu czasem jakiś wulgaryzm się pojawia?”. A ona na to: „uczniowie w gimnazjum to nie takiej muzyki słuchają”. Taka prawda – gdyby porównać teksty twórców hip-hopu, to można powiedzieć, że ja jestem delikatny Romeo.

Ciężko się wychodzi na scenę, jak pół miliona ludzi na ciebie czeka?

Pamiętam nasz wcześniejszy koncert, z 2017 roku. W 2018 roku było podobno 700 tysięcy, ale wtedy też było bardzo dużo ludzi. Podczas tamtego koncertu emocje było ogromne. Mimo że zagraliśmy setki koncertów, to mając świadomość tłumu i wydarzenia, że grasz na Woodstocku, na największej scenie w Polsce i jednej z największych na świecie, dla tak dużej publiczności, zapaliła się kontrolka, że tu na scenie będziesz musiał wypić jakby jednego drinka mniej. I po sobie i po chłopakach widziałem, że jesteśmy na jeszcze większych obrotach, bardziej skupieni. To wszystko puściło, gdy zostały otwarte bramki i weszli ludzie. Ale to nie był koncert jeszcze, to był soundcheck, który robiliśmy tuż przed naszym graniem. I wtedy już cała przestrzeń pod sceną się zapełniła. Zdaliśmy sobie sprawę, że ci ludzie muszą naprawdę nas kojarzyć. I przyszli pobawić się razem z nami. Napięcie zeszło, na koncercie było znacznie lepiej. Muszę przyznać, że widząc ten tłum – mimo tego, że jak mówiłem, zagraliśmy setki koncertów – pojawiło się nietypowe napięcie połączone z podnieceniem.

I tego się do końca słowami opisać nie da.

----

Zespół Nocny Kochanek istnieje od 2012 roku. Pierwszy album zatytułowany był "Hewi Metal", drugi "Zdrajcy metalu". 11 stycznia 2019 roku do sklepów trafiła płyta "Randka w ciemność". Mimo praktycznie żadnej obecności w mediach mainstreamowych, zespół jest jedną z największych atrakcji polskiej sceny koncertowej, wyprzedając bez problemu największe sale i kluby.