Zabiegi marketingowe wokół Eurowizji doprowadziły do niemożliwego. Na przełomie stuleci impreza przeżywała kryzys i mówiło się nawet o jej rychłym końcu. Tymczasem w ostatnich latach wykonano ogromną pracę na rzecz jej promocji. Efekt? Pominąwszy imprezy sportowe to najpopularniejsza na świecie audycja telewizyjna. Według oficjalnych danych organizatora w 2018 finał oglądało ponad 186 milionów widzów.

Od lat Eurowizja odczarowuje też wizerunek imprezy dla „starych ludzi”. Zaglądając znów do oficjalnych statystyk – aż 43 procent to osoby w wieku od 15 do 24 roku życia. Jeśli zastanawialiście się, dlaczego garnitury, fraki i suknie zastąpiono tęczowymi flagami – macie jasną odpowiedź. Eurowizja musiała uciekać do przodu, szukać nowej tożsamości.

Na ponownym podbijaniu Starego Kontynentu EBU (Europejska Unia Nadawców, właściciel marki i organizator imprezy) nie poprzestaje. Dla wielu to wciąż okazja do zadawania pytania „dlaczego Australia startuje w Eurowizji?”, ale podbicie tamtego rynku stało się formalnością. Co więcej, Sydney będzie gościć Eurovision Asia Song Contest. Data konkursu nie została jeszcze potwierdzona, ale wiadomo, że rywalizować będzie 17 państw, w tym Chiny, Japonia, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Japonia.

Prawdziwa bomba pojawiła się jednak podczas 64. konkursu Eurowizji. Jon Ola Sand, jeden z szefów Eurowizji potwierdził, że za dwa lata podobny konkurs zostanie rozegrany w Ameryce Północnej.

Nie poznaliśmy oficjalnych założeń konkursu amerykańskiego. Według nieoficjalnych doniesień ma odbywać się – tak jak w Europie z podziałem na dwa półfinały i finał. Rywalizować mieliby przedstawiciele poszczególnych stanów i prowincji Stanów Zjednoczonych i kanady.