Marcin Cichoński: - Skąd pomysł na trasę dla kobiet? Koniunkturalny ruch pod 8 marca, czy element strategii, tego jak masz być postrzegany?

Reklama

Marcin Sójka:- Znasz taką teorię, że kobiety kochają romantyków ale wychodzą za mąż za biznesmenów? Myślę, że jest bardzo życiowa więc staram się łączyć jedno z drugim. Choć nie nazwałbym siebie romantykiem. Nie wiem jak to określić ale wystarczy posłuchać mojego najnowszego singla „Wróć” i ballady „Płyń” z debiutanckiego albumu żeby zrozumieć o czym mówię. I chyba łączenie tych dwóch opcji nie wychodzi mi źle bo odnoszę wrażenie, że kobiety mnie lubią. No może bardziej moje piosenki, niż mnie samego (śmiech) ale mówią, że lubią mój głos więc liczę, że pośpiewają ze mną na tych kilku koncertach od 03.- 07.03.2020, od Opola, przez Wrocław, Gliwice, Kielce po Warszawę, w ramach trasy nazwanej wprost –– „Dla Kobiet”. Mam mamę, siostrę, żonę, córkę, nawet mój pies, to kobieta (śmiech) – codziennie uczę się od nich czegoś nowego, ważnego. Często o sobie samym. I nie są to zawsze fajne rzeczy. Kobiety są niesamowite, ich inteligencja emocjonalna jest niezwykła więc tak, te koncerty są dla nich. Taki mój gest uznania, wyróżnienia i podziękowania. Panowie, Was też oczywiście zapraszam na te koncerty. Od mężczyzn często słyszę: „stary, jechałem nocą aż pod Olsztyn i w kółko słuchałem twojej płyty, no cios!” i najczęściej jako pointa wypowiedzi pada coś w stylu: „dziewczyna mi zostawiła w samochodzie” (śmiech). I już wszystko jasne! Nawet jeśli „jadę w daleką podróż” z facetem, którego nie znam, „zaprzyjaźniamy się” po drodze i „gadamy” o życiu przekazem z mojej płyty, to i tak w końcu ten „dialog” kończy się na temacie miłości, czyli wracamy do punktu wyjścia – wszystko kręci się wokół kobiet! To nie moja strategia, nie moja koniunktura, taki mamy klimat!

- Płyta „Kilka prawd” zebrała bardzo rozbieżne recenzje. Od mówienia o „zmarnowanym talencie”, po wskazania, że to ważna postać na scenie muzycznej. Jak ty do tego podchodzisz?

- Jak do kredytu zaufania, który otrzymałem od tysięcy nieznanych mi ludzi, którym spodobało się jak śpiewam, co śpiewam i jaki jestem. I staram się ten dług spłacić najlepiej jak potrafię choć nie wszystko zależy ode mnie, bo przecież to mój debiutancki album! Wydawca też mi zaufał obliczając prawdopodobieństwo zysków i strat. Najczęstszym zarzutem w recenzjach był brak żywych instrumentów. I ja to rozumiem. Poza tym, że jestem zawodowym realizatorem dźwięku, to tak najnormalniej w świecie, po ludzku, wielbię żywe brzmienia, to jest inny rodzaj emocji. Wyobrażam sobie, jak te piosenki mogłyby zabrzmieć nagrane np. na setkę. Ale spokojnie, wszystko ma swój czas. A jak cała płyta brzmi zagrana na żywych instrumentach można posłuchać na koncertach! Album składa się z 13 utworów, z których każdy ma ważne przesłanie – z tego jestem szczególnie dumny bo teksty mają dla mnie ogromne znaczenie. To taki mój dekalog wartości, moje credo życiowe – tak intensywnie myślałem nad sensownym tytułem dla tego krążka, że w końcu mi się przyśnił! Zerwałem się ok 3 nad ranem z łóżka – „Kilka prawd”, Eureka (śmiech)! Jak to u mnie, prosto, i wszystko jasne. Dzięki tym tekstom, przegadanym o życiu godzinom, zyskałem przyjaciela Juliusza Kamila, który to wszystko świetnie ogarnął w słowa piosenek. Muzycznie, to w lwiej części zasługa Michała Pietrzaka, kompozytora i producenta mojej płyty. Bilans: jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.

- Płyta była bardzo rozstrzelona stylistycznie. Mamy tu ukłony i w stronę funku, popu, rocka, czy nawet klasycznego estradowego śpiewania. Który styl to prawdziwy Marcin?

- Śpiewam od dziecka, moimi guru wokalnymi są od zawsze Zbigniew Wodecki, Andrzej Zaucha, Grzegorz Markowski, Sting i Phil Collins. Wspólnym mianownikiem wszystkich utworów na mojej płycie, od oldschoolowego disco w „Lepiej” przez estradowe jak to nazwałeś „Z każdym dniem” i filmowe „Jak lew” po funkujące „Na koniec” jest melodia. I to jestem prawdziwy ja. Określa mnie melodia i harmonia. To są fundamenty mojej muzyki, emocji, które chcę przekazać, reszta jest tylko formą, która, jak patrzę na ludzi śpiewających pod sceną każdy song - chyba nam całkiem nieźle wyszła (śmiech).

- Nad czym teraz pracujesz? Koncentrujesz się na koncertach, czy już myślisz nad nowym repertuarem?

- Koncertami żyję, to jest niesamowita forma kontaktu z taką dawką adrenaliny, że głowa boli! Jak improwizowany spektakl, który każdego wieczoru grasz inaczej. I tu nie ma jak w teatrze, że oklaski masz na koniec, tu masz feedback non stop! I nie ma przebacz. Mam świetny zespół pod kierownictwem Mateusza Tomaszewskiego i to już nie jest „tylko” zespół, to są kumple, tacy, których byś wyniósł z okopów. Razem pracujemy nad materiałem na nową płytę ale powolutku, bez pośpiechu, wszystko jest po coś. Czas jest potrzebny.

- Tęsknisz za „Piotrusiem Panem”?

- Nie, bo wyrosłem z krótkich spodenek (śmiech). To była świetna przygoda! Jestem wdzięczny Januszowi Józefowiczowi, którego uważam za wizjonera teatru i Januszowi Stokłosie, który usłyszał mój potencjał za to, że we mnie uwierzyli i za 50 spektakli-lekcji (dopóki nie dopadła mnie mutacja) najlepszego warsztatu scenicznego jaki mógłbym sobie wymarzyć, w bonusie otrzymując zaszczyt pracy z Wiktorem Zborowskim (Hak), którego wszyscy się baliśmy (śmiech) i wspaniałą, ciepłą Edytą Geppert (Mamą). Kto by nie marzył jako dzieciak żeby fruwać jak Piotruś Pan nad widownią i szaleć po spektaklach w zakamarkach prawdziwego statku, stanowiącego scenografię ale… czas zejść na ziemię bo tu i teraz czekały mnie inne niespodzianki (śmiech).

- Z perspektywy czasu, jak oceniasz swój start w „The Voice Of Poland”. Wiemy, że nie żałujesz, bo ciężko żałować wygranej. Ale czy rzeczywiście odmienił Twe życie, tak, jak myślałeś, że odmieni?

- Świat mnie zaskoczył, życie obróciło o 180 stopni i dostałem wiatru w żagle. Musiałem do tej decyzji dorosnąć i nie żałuję, że stało się to kiedy już byłem „dużym chłopcem”, ukształtowanym człowiekiem. Oczywiście, że moje życie się odmieniło – czy miałbym szansę zaśpiewać duet z Patrycją Markowską, moja trenerką w The Voice Of Poland, najwrażliwszym człowiekiem jakiego znam? Na pewno nie. Czy mógłby się obudzić następnego dnia po wygranej i usłyszeć w telefonie głos człowieka-legendy: „Marcinku, mówi Grzegorz Markowski, nooo gratulacje! Spisałeś się”. Te i wiele innych, to są bardzo budujące chwile w życiu. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie zaśpiewam już w duecie ani z Andrzejem Zauchą, ani z moim guru Zbigniewem Wodeckim, którego przynajmniej miałem wielki zaszczyt poznać… kiedy ukrywał się przed panem Januszem Korczem udając, że nie pali – grali koncert w moich rodzinnych Siedlcach, w moim drugim „domu” - CKiS, który nagłaśniałem. Pan Zbyszek miał świetne poczucie humoru. Przepiękny utwór z Jego repertuaru „Lubię wracać” wykonuję z wielką czcią na każdym koncercie. Oczywiście będzie filarem koncertów „Dla Kobiet”, na które wszystkich serdecznie zapraszam.