wizerunek

Jestem dość zaskoczona, że mój wygląd w dosłownie kilka miesięcy znalazł rzeszę naśladowców. W Londynie co druga dziewczyna na ulicy może nie jest ruda, ale nosi grzywkę postawioną w charakterystyczny dla mnie sposób.

Z wizerunkiem zawsze miałam problem, bo nie jestem klasyczną pięknością, raczej skrzyżowaniem Tildy Swinton i Annie Lennox i to zarówno jeśli chodzi o twarz, jak i sylwetkę. Nie zrozum mnie źle – to nie problem, bo zawsze pociągała mnie tajemnica androgyniczności, choć nigdy nie mogłam tego pokazać. I to właśnie miłość do Prince’a, Bowiego i Karla Lagerfelda sprawiła, że tak świetnie rozumiemy się z moją stylistką Novą Dando. Nigdy jednak nie wybieram ciuchów celowo dlatego, żeby wyglądać jak ktoś inny. Niektóre z typów ubrań czy dodatków automatycznie sprawiają, że ludzie kojarzą je z konkretnymi znanymi osobami.

Dla mnie to tylko zabawa, bo do tej pory modę miałam gdzieś. Teraz razem z Novą zaprojektowałyśmy razem parę rzeczy jak spodnie czy kurtki. Buty, które wymyśliłyśmy, są właśnie kończone w jednej z włoskich fabryk. Ale nie będzie to żaden nowy brand La Roux. Wszystko tylko w jednym egzemplarzu do zobaczenia na scenie w trakcie moich koncertów.


Dziwne, bo jeszcze kilka lat temu wydawałoby mi się to kompletnie nierealne. Dorastałam w południowym Londynie, gdzie uczęszczałam do prawicowej, mocno religijno-faszystowskiej szkoły, która zamiast wyleczyć z dysleksji, doprowadziła mnie do skrajnej depresji. Na samą myśl o tym obozie dostaję skurczów żołądka. Gdybym na zajęcia przyszła ubrana tak jak dziś (buty w szpic, obcisłe rurki, luźna koszula, złote łańcuchy), natychmiast usunęliby mnie z listy uczniów. Musiałam zerwać kontakty ze wszystkimi, których tam poznałam, by móc zapomnieć o tym koszmarze.



wideo

W charakterystyczny styl La Roux swój wkład włożyła Polka, Kinga Burza, która ma na swoim koncie teledyski dla Peaches czy Kate Nash.

Przyznam się szczerze, że nie kojarzę wielu polskich reżyserów, a Kingę od samego początku polecali mi wszyscy: od przyjaciół aż po ludzi z wytwórni. Spodobał mi się jej pomysł na wideo do „Quicksand” – praktycznie bez scenariusza. Miało być ciepło, seksownie, co – patrząc na mnie – niektórym może się wydawać prawie niemożliwe. Bałam się, bo nie znałam wcześniej Kingi, a od tego, jak mnie pokaże w pierwszym teledysku, zależało, w jaki sposób zareagują na mnie ludzie. Bałam się, że zrobi ze mnie kolejną Katy Perry, której teledysk wcześniej reżyserowała. Że Elly Jackson z klipu to nie będę nawet w najmniejszym stopniu ja.


Na szczęście obawy były zupełnie bezpodstawnie. Kinga jest fenomenalna, jeśli chodzi o prowokowanie i wyciąganie z ludzi zachowań i cech, o których istnienie sami by się nawet nie posądzali. Nie jestem i nigdy nie postrzegałam się jako osobę seksowną, a już na pewno nie w kategoriach, które determinują gwiazdy popkultury. To Kinga sprawiła, że podczas kręcenia czułam się kobieco i zarazem nie jak skończona idiotka, co uważam za jej wielki sukces i za co jestem jej bardzo wdzięczna.



lata 80.

Nie da się ukryć, że wypłynęliśmy na popularności odwołań do lat 80., choć teraz sama wzdrygam się, gdy dziennikarze mówią o La Roux tylko w kontekście sentymentu do tamtych czasów i preferuję określenie pop.

Sporo czerpiemy z tamtego okresu i trudno z tym, co piszą dziennikarze, polemizować. Moja wyobraźnia sięga jednak znacznie dalej, bo – tu może kogoś zasmucę – planujemy naszą karierę na znacznie dłuższy okres niż sześć miesięcy. Zarzut o granie zgodnie z tendencjami na rynku uważam za lekkie nieporozumienie. W nagraniach na drugi album odchodzimy od typowego dla lat 80. brzmienia.


Nad debiutanckim albumem „La Roux” pracowałam trzy lata.

Od pierwszych szkiców utworów, które trafiły na „La Roux” minęło nawet pięć lat. Choć każda z piosenek miała po kilkanaście wersji i z patrząc z perspektywy czasu, nie zmieniłabym w nich ani jednego dźwięku.

Cały czas promujemy ten album, ale w przerwach, podczas przymiarek do kolejnej płyty wiem, że muzycznie jestem już daleko od tamtych pomysłów. Ona reprezentuje tamto pięć lat. Za kolejne pięć pokaże, czy i jak bardzo się rozwinęliśmy.

Nie lubię piosenek epatujących rozpaczą, ale wzruszam się, gdy słyszę lub uda mi się skomponować coś delikatnego. Chciałam, żeby moje piosenki były rozrywkowe i sprawdziły się w klubach, co nie znaczy, że miałam ochotę pisać o wesołych sytuacjach z mojego życia. Tym bardziej że w tym okresie takich nie miałam. Wiele z moich utworów ma mocno imprezowe aranżacje, są stworzone do klubów. W warstwie tekstowej nie jest już tak różowo: problematyczne związki, niespełniona miłość.


Piosenki z wesołym bitem i smutnym tekstem zwykle dezorientują. Ten dziwny rodzaj melancholii najbardziej zapada w pamięć.

Gdy myślę o ostatnich pięciu latach, to pamiętam tylko, że strasznie dużo ryczałam podczas nagrań. Byłam beznadziejnie zakochana. Gdy zamykałam oczy i zaczynałam śpiewać, widziałam tylko jedną osobę. Gdyby nie ten album, byłoby to z pewnością najbardziej gówniane pięć lat mojego życia.



muzyka

Na początku eksperymentowałam z akustycznymi brzmieniami. Dlatego często powołuję się na inspirację folkiem i nagraniami choćby Nicka Drake’a, idola moich rodziców. Płyt rodziców słuchałam przez całe dzieciństwo i potrzebowałam zmiany. Nigdy nie kupowałam sama płyt, zawsze stare winyle podsuwał mi ojciec. Pierwszą kupiłam kiedy byłam nastolatką i z tego co pamiętam, było to coś naprawdę okropnego, pewnie Red Hot Chili Peppers. Mój prapradziadek Anthony Bernared był założycielem London Chamber Orchestra, rodzice – mimo że są aktorami – nauczyli mnie słuchać muzyki, a ojciec nauczył grać na gitarze, gdy miałam siedem lat. W domu nigdy nie było cicho. Raz leciał Chack Berry, raz Michael Jackson, innym razem Carole King. Na tym wyrosłam.


Dziś cholernie trudno pozostać wiernym współczesnym artystom. Pamiętam jak w trakcie etapu clubbingowego w moim życiu ekscytowałam się zespołami Fujiya and Miyagi czy Cut Copy, których dziś już w ogóle nie słucham. To świetnie pokazuje, że obecnie dwa czy trzy lata w muzyce to niemal cała wieczność. Tak jak w tamtym czasie naturalnie przechodziłam fascynację bitem lat 80., tak samo teraz, równie naturalnie, idę dalej. Już wiem, że moja kolejna płyta nie będzie taka gwałtowna. Pierwsza wciąż kolarzy mi się z szybkością i zniecierpliwieniem. Większość utworów nie będzie tak skondensowana, kompozycje będą bardziej rozbudowane, choć bez popadania w jakąś histeryczną epickość. Niepozbawione charakterystycznych bitów, ale z dużym oddechem i zdecydowanie cieplejsze. Pewnie dlatego, że w kółko słucham teraz Tears For Fears i „Young Americans” Davida Bowiego.