"Rozewie"
Karol Schwarz All Stars
Wyd. Nasiono Records 2009



Trudny do sklasyfikowania album utrzymuje się najbliżej stylistyki, którą w latach 90. do polskiej muzyki wprowadziła sopocka Ścianka. Kto zasmakował w "Statku kosmicznym", "Dniach wiatru" tego najważniejszego dla polskiej alternatywy zespołu czy nawet pamiętnej płycie "P.O.L.O.V.I.R.U.S" Kur, ten będzie wiedział, w jakim kierunku ma skręcać uszy, słuchając Karol Schwarz All Stars. Nie będzie łatwo dobrnąć do końca tego dalece osobnego projektu, ale warto, bo to odświeżające doświadczenie.

Ich "Trans-atlantyk" z debiutanckiej płyty Ścianki jeszcze przed nimi, ale są bliżej genialnie pastiszowych "Czerwonych kozaków" sopockiego zespołu niż ktokolwiek. Na wpół żart, na wpół eksperyment, krążek trójmiejskiej formacji imponuje muzyczną intuicją i zaskakującymi skojarzeniami. W tym sensie "Rozewie" jest faktycznie albumem alternatywnym, totalnie wyzwolonym z gatunkowych ram, a zarazem dźwięczącym znajomo. Bo zespół porusza się w obrębie powszechnie rozpoznawalnych brzmień niezależnych - postrocka, psychodelii, noise’u oraz poetyckiej ironii i absurdu rodem z undergroundu.

p


Ale sposób, w jaki skleja te pomysły w całość, sprawia, że "Rozewie" można nazwać płytą co najmniej twórczą. Owszem, KSAS używają komputerów, laptopów, gitar i klawiszy - tak samo jak inne zespoły - jednak efekt jest daleki od prymitywnych zabaw z gitarami i perkusją przeważającej części polskiej sceny alternatywnej. Utwory zaczynają się od lekko "kwaśnych" klawiszy i pojękiwań gitar ("Submarine", "Krasnoludki"), by w pewnym momencie przerodzić się w klaustrofobiczne techno z echem psychodelii. Gdzie indziej połączenie kiczowatego tekstu o miłości z gitarowym echem (i efektem brzmieniowego brudu i "zepsucia") raziłoby, tu, wywrócone fastrygą do góry, ujmuje halucynogennym wdziękiem ("Ona"). Nie brak na krążku dłużyzn ("Ufo"), które czynią go trudno przyswajalnym, warto jednak pamiętać, że album powstawał przez trzy dni w Rozewiu, w warunkach chałupniczych, jako wakacyjny przerywnik. Najlepszy utwór, nabrzmiewająca w psychodeliczną ścianę dźwięków elektroniczna niby-ballada łotrzykowska "Dolne Miasto", to hołd złożony najniebezpieczniejszej dzielnicy Gdańska, w której portfel czy torebkę można stracić tak łatwo, jak górną jedynkę w uzębieniu. Świetny tekst i kulminacja zawieszona w atmosferze dziwnego transu dają kompozycję, która jest jak łyk świeżego powietrza.

Dodajmy do niego resztę absurdalnych tekstów uwięzionych gdzieś między triphopowym tętnem, shoegaze’owym tłem, chropowatymi gitarami, opiumowymi pochodami fortepianu ("Piano Song") i grobowym głosem wokalisty-narratora (Szymon Albrzykowski), a otrzymamy wciąż niedoskonały, ale jednak frapujący album, który każe uważnie obserwować następne dokonania grupy.