Od wydania poprzedniej płyty Jaga Jazzist minęło prawie pięć lat. Skąd ta spora przerwa?
Lars Horntveth: Mieliśmy sporo przetasowań w zespole – kilku muzyków odeszło z zespołu i sporo czasu zabrało mi znalezienie nowych. Poza tym niemal każdy z nas pracuje nad swoimi solowymi projektami, więc niełatwo jest się wspólnie zsynchronizować.

„One-Armed Bandit” czerpie garściami z muzyki filmowej lat 70. Główny temat z tytułowego utworu to ukłon w stronę Roya Budda czy Lalo Shifrina. Lubisz stare kryminały?
Oczywiście, choć od wymienionych przez ciebie kompozytorów wolę twórczość Ennio Morricone. Poza tym dla mnie przy nagrywaniu tej płyty większą inspirację stanowiła choćby muzyka Feli Kutiego i w ogóle afrobeat, nie wspominając o Stevie Reichu.

No właśnie, niemal w każdym utworze pojawiają się te charakterystyczne arrpegia i ostinatowe motywy przypominające kompozycje Reicha czy Glassa. Skąd ta fascynacja hipnotycznymi rytmami?
Przy nagrywaniu każdej nowej płyty z Jaga Jazzist staram się znaleźć jakiś motyw, pomysł, który byłby tym przewodnim, charakterystycznym elementem nagrania. Tym razem okazał się nim odgłos, jaki wydają z siebie maszyny do gry, czyli tytułowy jednoręki bandyta. Okazuje się, że są one podobne właśnie do motywów, jakich często używali minimaliści. Chciałem rozwinąć ten koncept - stąd tyle polirytmicznych zagrywek i zapętlonych fraz. Inaczej też podeszliśmy do kwestii sekcji blaszanej. Instrumenty dęte zawsze były obecne w naszej muzyce, ale tym razem chcieliśmy, żeby brzmiały bardziej jak perkusja - bardziej dynamicznie i punktowo. Chwilami brzmi ona tak potężnie, że można odnieść wrażenie, że została ona wyjęta żywcem z jakiejś opery Wagnera.


Jesteś hazardzistą? Bawiłeś się kiedyś przy jednorękim bandycie?
Nie - jakoś nigdy mnie to nie fascynowało. Jedyne, co mnie fascynuje w tych maszynach, to odgłosy, jakie wydają (śmiech).

Słuchając nowej płyty, miałem też wrażenie, że sporo tu progrockowych odnośników - te wszystkie rytmiczne wolty i żonglerka gitarowymi riffami, brzmiące niczym z płyt Mars Volty. To ważna muzyka dla ciebie?
To prawda. W ciągu ostatnich trzech lat słuchałem mnóstwo rocka progresywnego. Wiesz, Yes, Rick Wakeman i tym podobne rzeczy. Nie kryję fascynacji tą muzyką. Zresztą nawet tytuł jednego z utworów z „One-Armed Bandit” to żart nawiązujący do tego gatunku. „Prognissekongen” znaczy w języku gnomów właśnie „rock progresywny” (śmiech).

Odnoszę wrażenie, że mimo złożoności, „One-Armed Bandit” to paradoksalnie najbardziej przystępny album Jaga Jazzist. Niejeden motyw ma tu niemal popową siłę rażenia.
Nie wiem, czy to najbardziej przystępny album, choć faktem jest, że tym razem w kąt poszły nasze rockowo-shoegaze'owe fascynacje. Poza tym ja zawsze miałem ambicję tworzyć chwytliwą muzykę. To nie jest tak, że muzyka ambitna nie może być jednocześnie przystępna. Staram się łączyć te dwa światy.

„One-Amred Bandit” to wielowarstwowe nagranie, naszkpikowane pomysłami. Jak ono powstawało? Próbowaliście jak zwykle aż do skutku?
Tym razem mało było miejsca na improwizację, właśnie ze względu na złożoność materiału. Wszystkie partie musiałem najpierw dokładnie rozpisać na każdy instrument. Potem przyszedł czas na próby trwające osiem miesięcy. Nie dość, że sami musieliśmy opanować skomplikowane partie, to jeszcze trzeba było wdrożyć nowego klawiszowca i gitarzystę w nasz sposób pracy. Oni byli przyzwyczajeni do rockowych prób, czyli gramy aż coś wyjdzie (śmiech). A „One-Armed Bandit” musieli wyczytać z nut, więc łatwo nie było, choć miało to swoje dobre strony, bo nie musieliśmy dużo dłubać w dobrze nagranym materiale.


Wykorzystywaliście tylko żywe instrumenty czy posiłkowaliście się elektroniką?
Sporo czasu zajęło mi programowanie różnych syntezatorów i maszyn perkusyjnych - głównie klasycznej bitmaszyny Akai MPC, ale było tego tak wiele, że już nawet nie kojarzę dokładnie, czego używałem.

Do miksowania płyty wybraliście Johna McEntire'a. To oczywiście świetny producent i muzyk znany z Tortoise, ale daleko mu chyba do waszej stylistyki. Skąd ten wybór?
Bardzo cenimy wszystko, co robi McEntire. Sądzę, że to nie ma znaczenia, że tworzymy inną muzykę - bardziej liczy się to, że mamy podobną wrażliwość. A to oznacza, że łatwo się komunikujemy, mówimy podobnym językiem, dźwiękowymi skojarzeniami. To bardzo ważne w przypadku tak skomplikowanej muzyki. To była dobra decyzja.

Czego możemy się spodziewać po tobie w przyszłości - nowej płyty w ramach Jaga Jazzist czy solowego albumu w rodzaju niedawnego „Kaleidoscopic”?
Jeszcze nie wiem - oprócz Jaga Jazzist ciągle działam w grupie National Bank, więc pewnie skończy się tak, że ten projekt, który szybciej się rozpędzi z nową płytą, będzie priorytetowy. Na razie wszystko może się zdarzyć.

A kiedy zobaczymy was w Polsce z nowym materiałem?
Na razie zagraliśmy tylko kilka małych koncertów w Norwegii i planujemy małą trasę po największych miastach Europy. Mam nadzieję, że do Polski uda się nam dotrzeć na któryś z letnich festiwali.