Sprawdź nominowanych w głównych kategoriach Grammy >>


Sezon próżności ruszył. W niedzielę poznamy laureatów najważniejszej w świecie muzycznym nagrody Grammy. Z kolei kilka dni temu kapituła Brit Awards ogłosiła nominacje do swojego wyróżnienia – ulubieńcy brytyjskiej publiczności zostaną wyłonieni 16 lutego. Jednak już teraz łatwo przewidzieć, kto zdominuje obie gale. Jasne jest, że zarówno w Londynie, jak i w Los Angeles scena będzie należała do pań, które zdobyły najwięcej w tym roku nominacji.



Ameryka kocha country

O statuetkę Grammy za album roku będą walczyć Lady GaGa, Beyoncé, Taylor Swift, Black Eyed Peas i Dave Matthews Band. W tej kategorii największą szansę mają Beyoncé i Taylor Swift. Pierwszej nie trzeba nikomu przedstawiać – jej ostatni album "I Am... Sasha Fierce", który sprzedał się w ponad sześciu milionach egzemplarzy, prowadzi z dziesięcioma nominacjami, co jednak nie przesądza o wygranej. Równie duże szanse ma 21-letnia Swift wyróżniona ośmioma wskazaniami. Co prawda w Europie nie jest ona tak znana jak Beyoncé, ale na amerykańskim rynku zdominowanym przez muzykę country jej siła rażenia jest nie do przecenienia. Dość wspomnieć, że kilka tygodni temu firma Nielsen SoundScan ogłosiła, że według jej wyliczeń Taylor sprzedała do dziś blisko 24,5 miliona utworów pochodzących z zaledwie dwóch wydanych dotychczas przez nią albumów.

Honoru panów będzie bronić prawdopodobnie Maxwell – wokalista r’n’b powrócił po ośmiu latach milczenia w wielkim stylu. Jego album "Blacksummer’s Night" debiutował od razu na pierwszym miejscu listy Billboardu, a piosenka "Pretty Wings" przez wielu dziennikarzy uznana została za najbardziej romantyczny utwór ubiegłego roku. Z sześcioma nominacjami będzie konkurował on z Black Eyed Peas i Kanye Westem.

Z kolei po drugiej stronie Atlantyku najwięcej, bo po trzy nominacje, również otrzymały panie – Florence & The Machine, Lily Allen, Pixie Lott i Lady GaGa oraz boysband JLS.


Tak czy owak – Lady GaGa

Jednak bez względu na to, ile statuetek zabierze z sobą w najbliższych tygodniach do domu, niekwestionowaną królową obu imprez będzie Lady GaGa, która wystąpi zarówno podczas gali Grammy, jak i Brit Awards. A to właśnie za sprawą zapierających dech w piersiach koncertów i barokowo-futurystycznych kreacji Stefani Germanotta (prawdziwe nazwisko GaGi) zawojowała muzyczny biznes oraz świat mody i kolorowej prasy. Bardzo trudno będzie ją przebić, bo bardziej zwariowanej artystki popowy świat nie widział od czasów debiutującej Madonny, która sama ostatnio przyznaje w wywiadach, że Lady GaGa przypomina ją samą z czasów młodości.

GaGa nie musi czekać na oficjalne werdykty – już dziś można uznać, że mijający rok należał do niej. 23-letnia wokalistka pobiła wszelkie rekordy debiutanckiej popularności – pod koniec 2009 roku odebrała nagrodę za sprzedanie osiem milionów płyt. Tryumfowała również w rankingach sprzedaży singli, które znalazły aż 35 milionów nabywców w internecie. Jej single sprzedawały się najlepiej również w Anglii.

Nie wspominając o histerii, jaką Lady GaGa wywołała swoimi kontrowersyjnymi kreacjami i teledyskami w świecie mody i mediów. Nie ma wątpliwości – ona już wygrała.

Germanotta zdominowała kategorię międzynarodową, ale bój o tytuł wokalistki roku i albumu roku stoczą Lilly Allen i Florence & The Machine. Ta ostatnia wydaje się mieć większe szanse. Za jej wygraną przemawia atut świeżości i świetna płyta, którą zachwycali się krytycy po obu stronach Atlantyku.




Za rok po nowemu

Oczywiście nie mogło obyć się bez kontrowersji, które są zresztą jednym z najważniejszych elementów żonglerki statuetkami podnoszącymi napięcie przed finale grande. W tym roku kapituła Grammy ponownie miała kłopot z nominacją w kategorii najlepszy nowy artysta. Mimo że album Lady GaGi "The Fame" sprzedawał się w zeszłym roku jak świeże bułeczki, nie mogła być ona nominowana w tej kategorii, jako że podczas poprzedniego rozdania nagród jej singiel "Just Dance" kandydował już do nagrody w kategorii najlepsze nagranie dance. Wcześniej podobny los spotkał Jennifer Hudson, którą pogrążyła wcześniejsza nominacja w kategorii najlepsza piosenka z soundtracku filmowego ("Dreamgirls"). W związku z tym szef kapituły Neil Portnow obiecał zmienić niejasne reguły już od przyszłorocznych nominacji.

Niemniejsze poruszenie wywołała nominacja w działce reggae dla Buju Bantona za album "Rasta Got Soul". Jamajski wokalista i DJ słynie ze swojej nienawiści do mniejszości homoseksualnych – w piosenkach zdarzało mu się nawet nawoływać do mordowania gejów.

Największa afera kroi się natomiast na Starym Kontynencie. A to dlatego, że wśród nominowanych do Brit Awards zabrakło Susan Boyle. 49-letnia wokalistka, finalistka brytyjskiego show "Britain’s Got Talent", sprzedała na całym świecie ponad 8 milionów swojej debiutanckiej płyty w ciągu niecałych dwóch miesięcy, uzyskując jednocześnie status najlepiej sprzedającej się artystki w dziejach angielskiego przemysłu muzycznego...

Tym samym Szkotka dołącza do reszty kontrowersyjnego grona wykluczonych z walki o brytyjskie laury – są w nim m.in. Beyonce, U2 i Arctic Monkeys.

Na pewno warto jednak czekać na Brit Awards, bo w tym roku brytyjskie nagrody będą przyznawane po raz 30. Można być zatem pewnym, że organizatorzy zrobią wszystko, żeby ceremonia na długo zapadła w pamięć widzów.


Zderzenie gigantów

Weterani też mają głos na Grammy Awards. Mimo dominacji młodych na tegorocznych Grammy nie zabraknie starych wyjadaczy, którzy swoją obecność mocno zaznaczą w kategoriach muzyki rockowej.

Wyjątkowo ekscytująco zapowiada się walka o miano najlepszego albumu rockowego. Tutaj zderzą się tacy giganci, jak AC/DC ("Black Ice"), U2 ("No Line On The Horizon"), Dave Matthews Band ("Big Whiskey and the GrooGrux King") oraz Eric Clapton, który do spółki ze Stevem Winwoodem nagrał świetną płytę "Live From Madison Square Garden".

Nie wiadomo, co w tym zacnym towarzystwie robi wyjątkowo słaby album "21st Century Breakdown" autorstwa Green Day. Zapewne chodzi o dopieszczenie tej części publiczności, która lata 90. zna głównie z opowieści rodziców.