O co chodzi z tą okładką?
Zdecydowaliśmy się wypuścić limitowaną serię naszej nowej płyty "Go Go Smear The Poison Ivy", której okładka będzie wykonana z materiału organicznego, głównie z prasowanego ziemniaka. To taka ogromna chrupka z muzyką w środku. Będzie ją można zjeść, choć nie smakuje porywająco, jest mdława jak dmuchany ryż.

Jesteście znani też z tego, że nagrywacie płyty w nietypowych, odludnych miejscach. Jak było tym razem?
Dziwaczne miejsce nie jest koniecznością, ale pomaga. Radykalna zmiana otoczenia pozwala popatrzeć na muzykę z innej perspektywy. I tym razem ta metoda się sprawdziła. Wiele utworów nagrywaliśmy w zapomnianych miejscach, spędziliśmy sporo czasu na małej fińskiej wyspie na północy, gdzie mieszka kilkanaście osób. Wynajęliśmy tam starą szkołę, w której była sala z całym asortymentem nietypowych instrumentów, takich jak claviola firmy Hohner, znanej obecnie głównie z produkcji harmonijek. Gra się na niej jak na akordeonie, ale dźwięk jest podobny do bajkowego brzmienia melodyki. Był też drugi instrument zupełnie z innego wymiaru, ale nie pamiętam, jak się nazywał. Wyglądał jak mikroskopijne pianino elektryczne ze sprężynami zamiast klawiszy. Podłączyliśmy więc nasze laptopy i zabraliśmy się do zabawy.

Macie jakieś konkretne miejsca, które działają na was wyjątkowo stymulująco?
Nie chodzi o konkretne miejsca, to raczej kwestia podróżowania. Napędza nas spotykanie nowych ludzi i sytuacji. Tak ładujemy swoje baterie.

Mieliście jakiś pomysł, zabierając się za nagrywanie?
Tak. Pomysłem był zupełny brak planu. Staramy się tworzyć muzykę niejako podświadomie, wiele rzeczy pozostawiamy instynktowi, przypadkowi. To taki muzyczny strumień świadomości, półautomatyczne komponowanie.

Słuchając waszej muzyki, zawsze mam wrażenie, jakby powstawała poza wszelkimi nurtami i trendami. Izolujecie się od innych artystów?
Nigdy nie przestałem słuchać muzyki, choć przyznaję, że od kilku lat nie śledzę aktualnych trendów. Fascynuje mnie muzyka z odległych miejsc, ale nie ta z komercyjnych stacji radiowych, lecz ta rdzenna, folkowa muzyka danego regionu. Ostatnio słucham na przykład muzyki z Tahiti i Grenlandii.

W ciągu ostatnich kilku lat Islandia sprezentowała reszcie świata kilka unikalnych zespołów. Co napędza kreatywność islandzkich muzyków?
Po pierwsze, muzycy z Islandii nie mają żadnych perspektyw rozwoju w kraju. Nie egzystuje tu rynek muzyczny, rozgłośnie radiowe nie grają naszej muzyki i nie można zarobić na tym najmniejszych pieniędzy. W związku z tym większość tworzy tu wyłącznie z potrzeby ducha, nie dla pieniędzy. Liczy się głównie artystyczny wymiar muzyki. Po drugie, nie ma tu zbyt wiele rzeczy do robienia. I w końcu kwestia mentalności, środowisko muzyków jest u nas bardzo skonsolidowane. Każdy każdemu pomaga, dzieli się wiedzą i doświadczeniem. Nie ma mowy o niezdrowej konkurencji.

Kiedy wydaliście pierwszy album w 2000 roku wasza muzyka była postrzegana jako alternatywa. Teraz to w zasadzie ambitny pop. To wy się zmieniliście czy rynek muzyczny?
Rzeczywiście muzyka oparta na nietypowym instrumentarium coraz śmielej wkracza do popu, co mnie cieszy, bo w większości przypadków nie jestem w stanie znieść tego, co grają w radiu.

Niebawem ruszacie w trasę po Europie i USA. Amerykanie chyba odbierają waszą muzykę zupełnie inaczej niż Europejczycy?
Niekoniecznie. To bardziej kwestia konkretnego miasta niż kraju. Nie ma tu reguły, czasem ludzie nawet tańczą do naszej muzyki, a czasem zupełnie nie wiedzą, jak reagować. Uwielbiamy podróżować, ale jest jedno miejsce, za którym nie przepadam - Anglia. Tam zawsze znajdzie się stu mądrali, którzy po koncercie podchodzą do nas i udzielają rad w rodzaju: "Wiesz, fajną gracie muzykę, ale moglibyście dorzucić jakiś bicik drum'n'basowy w kilku miejscach albo jakiś fajny subbasowy zawijas". Rozumiem, że Anglicy to muzyczna potęga, ale takie protekcjonalne podejście mnie irytuje.

Zagracie znowu w Polsce?
Zdecydowanie tak. Publiczność jest u was naprawdę zwariowana i pełna energii. To nie czcze pochlebstwa. Naprawdę tak sądzę, więc do zobaczenia wkrótce.