W Szwecji wszystko stoi na głowie. Znajomi ze Stanów mówią, że jeżeli w Ameryce słuchasz Morrisseya, w szkole zwykle jesteś tym, który nadaje się do bicia. W Szwecji to ja byłem bity przez fanów Morrisseya. Zaczepiali innych, najlepiej wyglądali i podrywali dziewczyny - wspomina Jens Lekman, jeden z najbardziej cenionych młodych szwedzkich twórców. Jego najnowsza kolekcja songów "Night Falls Over Kortedala” należy do najcieplej przyjętych jesiennych premier.

Piosenki Lekmana, nagrywane zwykle w domowym studio przy użyciu prostego samplera i gitary, to czasem akustyczne szkice, czasem zaś sypialniane minisymfonie. Szwed chętnie nawiązuje do tradycji melancholijnego autorskiego popu w stylu Scotta Walkera i Stephina Merritta, ale też tego nurtu brytyjskiego indie, któremu patronują The Smiths, a ostatnio Belle And Sebastian. Lekman nagrywa dla amerykańskiej wytwórni Secretly Canadian - Szwedzi bowiem z zadziwiającą łatwością podbijają międzynarodowe rynki. I trudno to tłumaczyć jedynie tym, że Skandynawowie śpiewają zwykle po angielsku. Zdaje się, że mają niezwykłe ucho do chwytliwych melodii i niebanalnych aranżacji. Lekman to bowiem niejedyne szwedzkie objawienie ostatnich lat. Akustyczny bard Jose Gonzales, mistrzowie pop-electro - rodzeństwo z The Knife, synthpopowy Jay Jay Johansson, jazzujący taneczny Koop, nieśmiała disco princessa Sally Shapiro i hiciarskie garage’owe The Hives - to firmy, o których głośno nie tylko w Europie, ale i za Oceanem. A przecież ostatniego słowa nie powiedzieli też Stina Nordenstam czy najsławniejsi ambasadorzy Nordic-popu:The Cardigans.

Idealnie jak Abba

Wszystko zaczęło się od Abby. To twórcy "Dancing Queen” w latach 70. na trwałe złamali anglosaską dominację na światowych listach przebojów. A swoim rodakom wyznaczyli niezwykle wysoki standard, przede wszystkim w dziedzinie produkcji. Benny Andersson i Bjorn Ulvaeus jeszcze przed spotkaniem Fredy i Agnethy mieli bogate doświadczenie w pracy w studio. Dbałość o każdy szczegół i czysty, klarowny sound (pomimo rozbudowanych aranży) stanowiły znak firmowy Abby, a brzmienie zespołu - imponującą "ścianę dźwięku” - można było poznać od pierwszych taktów.

Benny i Bjorn długo jednak nie mogli doczekać się godnych siebie następców. Co nie znaczy, że szwedzkie zespoły nie odnosiły sukcesów - wielomilionowe nakłady płyt Roxette czy Ace Of Base to bez wątpienia zasługa dobrego rzemiosła ze szkoły starych mistrzów. Studyjny perfekcjonizm do dziś pielęgnują nawet artyści sceny niezależnej nagrywający w pozornie skromnych warunkach. Lekman, pomimo brudnopisowej formuły wielu swych songów, przyznaje, że potrafi obsesyjnie nagrywać każdy fragment dziesiątki razy, by uzyskać satysfakcjonujące brzmienie.

Kylie Made In Sweden

Największy wymierny - bo zweryfikowany przez rynek - wkład naszych północnych sąsiadów we współczesną popkulturę to jednak nie dzieło autorskich projektów, lecz anonimowych (dla większości słuchaczy) producentów. Większość przebojów Britney Spears, Backstreet Boys, *NSYNC, Pink, Celine Dion czy Kelly Clarkson stworzyli bowiem szwedzcy autorzy i producenci. Mózgiem skandynawskiej "fabryki snów” jest Max Martin - twórca choćby "Baby One More Time” Britney i lider producenckich teamów związanych najpierw ze studiem Cheiron, później zaś z Maratone Studio. Podbite mocnym basem r’n’b, ckliwa ballada, poprockowy evergreen - Martin i jego współpracownicy sprawdzają się doskonale w każdym gatunku. A wartość ich pracy liczona jest nie uznaniem krytyków, lecz milionami sprzedanych egzemplarzy każdego singla. Podobnie rzecz ma się z duetem Bloodshy & Avant, czyli Christianem Karlssonem i Pontusem Winnbergiem. Pamiętacie „Toxic” Britney Spears? To właśnie dzieło Szwedów, którzy współpracowali również z Madonną, Kelis, Kylie Minogue i Jennifer Lopez.

Piękni i smutni

Nastoletnie podlotki i „mroczni niezależni”, gospodynie domowe i muzyczni erudyci – piosenki ze Szwecji uszczęśliwiają miliony ludzi na całym świecie. Wydaje się jednak, że dla Skandynawów popowa sztuka to szczególny mechanizm sublimacji własnych problemów. Piękni, zamożni, inteligentni i… depresyjni - to powszechna opinia na ich temat i gdy uważnie posłuchać przebojów z Północy, wydaje się, że coś jest na rzeczy. Okładka najlepszej studyjnej płyty Abby "The Visitors” nieprzypadkowo przypomina kadr z filmów Bergmana. Album nagrany już po rozwodzie tworzących grupę par to psychodrama na miarę "Scen z życia małżeńskiego”. Podobnie jest w przypadku The Cardigans. „To chyba jasne, że nasze pozornie naiwne i pełne szczęścia piosenki to tylko gra. Przecież nikt nie jest tak szcześliwy” - mówi Nina Persson. Z pewnością większość słuchaczy, zachwycając się chwytliwym refrenem przeboju "Lovefool” i nucąc „love me, love me” pozostała głucha na "fool me, fool me”. Także przepojone mrocznym romantyzmem kawałki Lekmana i Gonzaleza, czy chłodne alienujące dźwięki The Knife i Sally Shapiro trudno uznać za easy listening. Trauma pop? Jak widać Szwedzi mają oryginalne rozwiązania nie tylko w kwestiach socjalno-podatkowych. W końcu to kraj, gdzie wszystko stoi na głowie.