The Whitest Boy Alive "Rules"
Wyd. Bubbles/iSound 2009
Ocena 5/6

p

Jak członkowie berlińskiej grupy The Whitest Boy Alive zaszli za skórę brytyjskim dziennikarzom? Nagrali album „Rules”, który melodyjnością i tanecznością przewyższa lansowane przez tych ostatnich grupy Foals, Friendly Fires czy nawet Bloc Party. Tego się nie znajdziena obecnej scenie rockowej promowanej przez kolorowe magazyny na Wyspach czy MTV 2.

Na początku rozmowy z DZIENNIKIEM basista Marcin Öz od razu zaprzecza, jakoby jego grupa założona wspólnie z norweskim wokalistą Erlendem Øye była odpowiedzią na falę dance punka i nu rave. – Chcieliśmy robić muzykę elektroniczną z bitami i syntezatorami, ale mieliśmy potem problem z wykonywaniem naszych piosenek na żywo – wspomina. – Dlatego poszerzyliśmy skład o sekcję rytmiczną, klawisze i teraz możemy grać house na prawdziwych instrumentach.

Trudno podejrzewać członków grupy o czysto marketingowy ruch, skoro każdy z nich ma już solidną pozycję na scenie elektronicznej i popowej. Marcin gra w berlińskich klubach od 13 lat jako DJ Highfish głównie deep house i techno, a Erland współtworzy norweski duet folkowy Kings Of Convenience oraz nagrywał z m.in. Royksopp, Safety Scissors, a na solowej płycie z Morgan Geist i Prefuse 73. Tymczasem, o ile niemiecka prasa uznała album „Rules” za najważniejszy obok nowego Franz Ferdinand, o tyle magazyny „Q”, „NME” i gazeta „Guardiann” okazały się bezlitosne.

Czy takie piosenki, jak „Keep A Secret”, „Courage”, „High On The Heels” lub „1517”, to nudne, beznamiętne, „marne kopie Daft Punk” albo „odpady z sesji Jamiroquai”? Bynajmniej, każda z nich nie dość, że ma świetną taneczną energię funkowego grania, wyraźne wpływy klubowych rytmów, to jeszcze zawiera sporą dawkę emocji w tekstach oraz charakterystycznej manierze wokalnej Erlenda Øye. Styl The Whitest Boy Alive nie mieści się we współczesnych rockowych standardach. Bo zamiast gładkiego brzmienia dopracowanego w studiu mamy surowe nagrania „na setkę”, zamiast plastikowych klawiszy – stylowe pianino Rhodes, zamiast przesterowanych riffów gitary – czyste, jazzowe zagrywki, a zamiast skandowanych refrenów – łagodne nawiązania do soulu i popu.

Dla grupy to duży krok do przodu, ponieważ ich debiut sprzed trzech lat albumem „Dreams”, choć nagrany w podobny sposób, nie był aż taki wyrazisty – słychać było na nim chociażby wpływy The Cure. Teraz muzycy rozbijają wszelką konkurencję oryginalnością zarówno dynamicznych utworów, jak i tych dużo spokojniejszych, np. „Intentions” czy „Rollercoaster Ride”. W recenzjach, co prawda, pojawiają się dosyć chybione porównania ze smooth jazzem czy loungem. Tymczasem bardziej zaznacza się w ich muzyce melancholijny charakter piosenek grupy. W końcu Øye śpiewa o nieudanych miłościach, smutnych rozstaniach, niepewności i uczuciu zazdrości oraz huśtawkach emocjonalnych. Robi to z wrodzonym sobie czarem, pamiętanym jeszcze z debiutu jego macierzystej formacji. – Najfajniejsze jest to, że na naszych koncertach można spotkać ludzi ze wszystkich scen i w różnym wieku – mówi Marcin. – Są fani Kings Of Convenience, moi znajomi z klubów, dzieciaki od indie rocka i muzyki house. Wszyscy bawią się równie dobrze.

Cóż, nie pozostaje zatem nam nic innego, jak razem z Niemcami wspólnie kibicować The Whitest Boy Alive i wyglądać ich występu w czasie wakacji w Szczecinie na festiwalu Boogie Brain.