Historia tego albumu zaczęła się od podróży. – Zbieranie informacji z drugiej ręki i posługiwanie się nimi podczas procesu pisania to nie moja metoda. Muszę poczuć zapach powietrza, ziemię i poznać ludzi, o których chcę pisać. Dlatego wraz z przyjacielem Seamusem Murphym wyruszyłam w tę podróż – mówiła przy okazji premiery ostatniego tomiku poezji PJ Harvey. "The Hollow of the Hand" wydała w październiku zeszłego roku. Jej wierszom towarzyszą w nim zdjęcia wspomnianego doskonałego fotografa, o którym mówi się, że jest poetą kadru. PJ i Seamus spotkali się jeszcze przed premierą jej poprzedniej płyty "Let England Shake" (2011). Brytyjczyk robił jej portrety, a później zrealizował filmy do każdej z piosenek z "Let England Shake". Owa podróż, w który wybrali się kilka lat temu, obejmowała m.in. Afganistan, w którym Murphy robił wcześniej niesamowite fotografie, Kosowo czy Waszyngton. Natchniona podróżami Harvey napisała, kolejny po "Let England Shake", album pełen polityczno-społecznych kontekstów, a Seamus zrealizował dla niej klip do singla.

Już samo nagrywanie tego krążka było projektem artystycznym. Sesje miały bowiem miejsce w zabytkowym Somerset House w centralnym Londynie. W specjalnie przygotowanym tam studio zza szyby można było oglądać Polly pracującą nad nową płytą. Nazwany "Recording in Progress" projekt trwał przez miesiąc, a PJ oraz jej muzyków podglądało kilka tysięcy osób. W studio mogli dostrzec m.in. jej współpracowników. W tym producentów, z którymi pracowała już wcześniej: Johna Parisha oraz Flooda. Gościnnie pojawił się na płycie także urodzony na Jamajce poeta i muzyk Linton Kwesi Johnson. Poza tym słychać gitarowy motyw grany przez zmarłego cztery lata temu bluesmana Jerry'ego McCaina. Podglądający pracę PJ w Somerset House mogli dostrzec artystkę z saksofonem w ręku (uczyła się na nim grać już jako dziecko). To m.in. używając właśnie tego instrumentu, ale też klarnetu, stworzyła album na pewno bardziej awangardowy niż "Let England Shake", ale nie mniej fascynujący. Tym bardziej że niektóre teksty przypominają raporty reportera wojennego z miejsc konfliktów. Harvey nie byłaby też sobą, gdyby muzycznie w dużej mierze nie wypełniła albumu dźwiękami gitar. Mamy więc tu genialne gitarowe piosenki "The Wheel" czy "The Community of Hope". Dochodzą do tego klimaty niemal szamańskie oraz elementy jazzu, podobne do tych, które usłyszeliśmy na ostatnim albumie Davida Bowiego "Blackstar".

To nie jest płyta łatwa i od razu wpadająca w ucho, ale jak mówi sama PJ, nie ma nic gorszego niż pisanie błahych piosenek o istotnych sprawach. Jak brzmi na żywo, przekonamy się 29 czerwca na gdyńskim Open'erze.

PJ Harvey | The Hope Six Demolition Project | Universal Music