W XXI wieku nie było ważniejszego zespołu rockowego na Wyspach od nich. Do grona pożeraczy serc i idoli tłumów aspirował Kasabian, ale jego ludyczna refrenowa nachalność stała się na dłuższą metę czymś nie do zniesienia. Zamiast stawiać sobie pytania, które (być może) stoją teraz przed Kasabianem, muzycy Arctic Monkeys postanowili sami się zreformować. A może nawet zrewolucjonizować.

Alex Turner pokazywał od kilku lat, że nieco inne dźwięki mu w głowie, niż te, które pamiętamy z pierwszych płyt Arctic Monkeys. Projekt The Last Shadow Puppets, który odpalił dziesięć lat temu zaskakiwał dojrzałością, o jaką wymiatacza od „I Bet You Look Good On The Dancefloor” ciężko było podejrzewać. Zmiany w głównym zespole słychać było już pięć lat temu, kiedy na „AM” pojawiło się więcej subtelności i delikatności.

Teraz Arctic Monkeys zdecydowanie bliżej do nastrojowych rzeczy z repertuaru Nicka Cave’a, niż do Oasis, na których mieli być zapatrzeni muzycy zakładając zespół. Nie ma tu nachalnej ekspresji – jest zabawa formą. Gitary, bardzo starannie poukrywane, z rzadka przykuwają uwagę – jeśli już tak się dzieje to tylko dlatego, że tworzą ciekawe figury w tle np. w „American Sports”. Nie zmuszają też do zapamiętywania i powtarzania.

Pierwszym przesłuchaniom płyty może towarzyszyć zdziwienie. Fani otwarcie piszą na forach o rozczarowaniu. Być może tylko „Four Out Of Five” przypomina brzemienia, które słyszeliśmy już kiedyś u Arctic Monkeys, ale całość mogłaby być nagrana pod innym szyldem – a niewiele osób, gdyby nie charakterystyczny głos Turnera, wiedziałaby o jaki zespół chodzi.

Po kolejnych przesłuchaniach ciężko się od klimatu nowej płyty uwolnić. Nie jest to muzyka dla spieszących się – nagrana została w kontrze do czasów, w których poświęcenie czemuś uwagi dłużej niż dziesięć sekund zakrawa na ekstrawagancję i niepotrzebną stratę czasu.

Co dalej z Arctic Monkeys? Równie dobrze mogą być jedną z najlepszych, grających dojrzałą, z definicji omijającą gusta masowe grupą, a równie dobrze za chwil kilka zespołu może nie być. Paradoksalnie zespół znów doszedł do momentu, który najlepiej charakteryzuje tytuł pierwszego albumu zespołu „Whatever People Say I Am, That’s I’m Not”.