Dziennik Gazeta Prawana logo

Najdziksi rock'n'rollowcy jadą do Polski

11 grudnia 2009, 15:34
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Najdziksi rock'n'rollowcy jadą do Polski
Inne
Niespodziewanie stali się jedną z największych sensacji tegorocznej edycji Off Festivalu. Ich koncerty to istne szaleństwo, pełen chaos i rock and roll - jeśli ktoś nie słyszał jeszcze o grupie Monotonix z Izraela, to koniecznie musi nadrobić zaległości podczas dwóch koncertów w Warszawie i w Katowicach.






W porządku, chociaż musiałem sobie zrobić kilka dni przerwy, bo podczas ostatniego koncertu w Londynie złamałem żebro.


Chyba pierwszy, ostatnio rzadziej przydarzają mi się takie wypadki. Z reguły występy kończą się kilkoma siniakami.


Hm, kilka lat temu w Nowym Jorku złamałem sobie obydwie ręce. Zanurkowałem w publikę i pechowo upadłem, ale takie jest ryzyko stage divingu.


Też zdarzyło się kilka raz. Ale zabawy z ogniem już niezbyt często są częścią naszego show, bo właściciele klubów się denerwują.


Tak, jest jeszcze kilka innych klubów w Stanach, z których zostaliśmy wyrzuceni i nigdy nie zaprosili nas ponownie. Chyba też nie jesteśmy mile widziani w kilku miejscach w Izraelu. Na szczęście w Europie nikt nie ma problemu z naszymi wybrykami i pozwalają nam na wszystko.


O rany, było świetnie. Publiczność była naprawdę dzika, to była najlepsza zabawa podczas tamtej trasy.


Nie, akurat w Mysłowicach dałem się trochę ponieść. Ale o to chodzi podczas naszych koncertów, żeby czuć się swobodnie i dobrze się bawić.


Tak, to robię na każdym występie. Wydzieram się głośno na ludzi i od razu siadają. Mam pełną kontrolę nad słuchaczami, to część tego show. Razem ze mną tańczą, a potem noszą nas na rękach razem ze sprzętem, a my dla nich gramy…


Dlatego mówimy czasem o tym, że robimy palestyński cyrk. Zwykłe koncerty rockowe są dla nas zbyt nudne.


Miałem dosyć występowania przed grupką osób, która albo nie ma ochoty nas słuchać, albo tupie nóżką i zupełnie nie angażuje się w muzykę, kiedy ja się pocę i wydzieram. Dlatego najpierw zacząłem skakać ze sceny, prowokować słuchaczy, a potem przenieśliśmy się w tłum, i tak już zostało.


Tak, „Kick Out The Jams”, „Raw Power”…


Nie, ludzi nie reagują w ten sposób na nas, bo nie wytwarzamy negatywnej energii jak punkowcy. Nam chodzi tylko o zabawę.


Prawda, to ważny element naszej muzyki. Czasem mówię, że na koncertach robimy niepoważne rzeczy w poważny sposób.


Rzeczywiście, czujemy się bardzo izraelskim zespołem. To nie znaczy, że każdy zespół w Tel Awiwie jest taki jak my. Po prostu nasze zachowanie jest inne od tego, jakie prezentują zespoły amerykańskie czy angielskie – bardziej dzikie, desperackie i chaotyczne.


To prawda, w tym roku występowaliśmy w Izraelu chyba tylko raz, supportowaliśmy Faith No More i Dinosuar Jr.


Pewnie około siedmiu tysięcy, tylko musiałem wydrzeć się do nich po hebrajsku.


To nie chodzi o to, czy lubimy, czy nie. Izrael jest małym krajem, koncerty można zagrać tylko w kilku klubach – i na tym kończy się trasa. Przedtem graliśmy w innych zespołach i w końcu stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Trzeba było wystartować do Europy i do Ameryki, więc na granie u siebie przestało wystarczać czasu.


Mieliśmy namiary na różne miejsca od naszych znajomych oraz z MySpace, więc zabukowaliśmy wstępnie terminy i ruszyliśmy do akcji. W końcu spędziliśmy w Stanach, kilka tygodni jeżdżąc od miasta do miasta na Wschodnim Wybrzeżu i zupełnie spontanicznie grając kolejne koncerty. Czasem było po pięć, dziesięć osób, czasem trochę więcej, ale przyjęcie zawsze mieliśmy dobre – chociaż zdarzało się też, że ochrona wyciągała wtyczkę z prądu i przerywała show. Potem przyszedł jeszcze czas na Europę i tak w ciągu roku zagraliśmy ponad 300 koncertów.


Tak, wysłaliśmy demówkę do wytwórni Drag City, ale zupełnie nie była nami zainteresowana. W związku podczas kolejnej trasy pojechaliśmy do razu do Chicago i zaprosiliśmy jej szefów na koncert. Byli pod ogromnym wrażeniem i zgodzili się nas wydać pod warunkiem, że zabrzmimy w studiu tak jak na koncercie. Przejechaliśmy całe Stany, grając dzień w dzień, aż wreszcie dotarliśmy do San Francisco, gdzie weszliśmy do studia razem Timem Greenem z The Fucking Champs i spontanicznie zarejestrowaliśmy nasze piosenki na pierwszą epkę „Body Language”. Zresztą nie było nas stać na to, żeby wynająć studio na dłużej, bo byliśmy bankrutami.


Co ty, Tel Awiw to najlepsze miejsce pod słońcem. Mieszkam w starej części miasta, w Jaffie – mają tu pyszne jedzenie, świetny klimat imprezowy, a w ciągu dnia można biegać po plaży i wygrzewać się w słońcu. Czasem ja też muszę się jakoś zregenerować po takich szaleństwach.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj