: Zgadza się. Tym razem tak się złożyło, że podczas jednej z naszych licznych podróży trafiłyśmy na studio w Buenos Aires wypełnione starym sprzętem. Ale to nie on był najważniejszy. Dla nas zawsze najbardziej liczą się ludzie, z którymi pracujemy. Bardzo uważnie dobieramy muzyków i realizatorów, bo wystarczy jedna osoba, która nie czuje atmosfery naszej muzyki, żeby pogrążyć całą sesję. Miałyśmy tam swojego realizatora i genialnego pianistę, który wręcz telepatycznie wyczuwał, co nam się podoba. Większość piosenek z „Grey Oceans” to efekt studyjnych improwizacji – na bieżąco bawiliśmy się naszymi głosami i instrumentami akustycznymi. Dlatego, mimo że ten materiał powstawał w studiu, ciągle czuć w nim nas. Studio trzeba traktować jak instrument, a nie tylko jak przestrzeń do nagrywania.
>>> Przeczytaj recenzję nowej płyty CocoRosie "Grey Oceans"
To nie jest element kreacji. Moda jest dla nas taką samą sztuką jak muzyka. Kiedy budzisz się rano i decydujesz, co na siebie włożyć, to podejmujesz pierwszą tego dnia decyzję artystyczną. Moda to dla nas najbardziej naturalna forma sztuki – najbliższa życiu.
Płyta „Grey Oceans” powstawała głównie w nocy i nad ranem. Najbardziej lubimy moment, kiedy noc przechodzi w poranek – tuż na granicy ciemności i światła. Robimy wtedy dużo zdjęć i nagrywamy. Jest wtedy tak cicho i spokojnie, a powietrze ma specyficzny, „mokry” zapach. Myślę, że właśnie nim pachnie ten nowy materiał.
Cóż, pewnie byłaby to nasza pustynna wyprawa. Razem z Biancą spędziłyśmy pół roku w zupełnej głuszy na jednym z amerykańskich pustkowi. Chciałyśmy nawiązać kontakt z naturą – tego nie można osiągnąć podczas weekendowych wycieczek do parków krajobrazowych. Zbudowałyśmy więc sobie prostą chatę z drewna – bez elektryczności i bieżącej wody. Przez te wszystkie miesiące zajmowałyśmy się głównie rozpalaniem licznych ognisk i rozmyślaniem nad kształtem nowego albumu.
Tytuł odnosi się właśnie do naszej ulubionej pory dnia, o której wspominałam wcześniej. Ona jest szara – to przejście między białym i czarnym, śmiercią i życiem. To taka niczyja przestrzeń, którą staramy się odkrywać, w której się zanurzamy. To źródło większości naszych fantazji. A jeśli chodzi o kapelusze – zrobiłyśmy je same podczas owej pustynnej wyprawy. Chciałyśmy wrócić do korzeni, więc wszystko, czego potrzebowałyśmy do życia, czerpałyśmy z otoczenia. Te kapelusze są pochodzenia roślinnego. To stuprocentowy materiał organiczny, któremu nadałyśmy kształt z pomocą ziemi i wody. Zresztą makijaż też jest pochodzenia naturalnego – to pigmenty, jakie łatwo wytrącić z gleby. Ciągle wyobrażałyśmy sobie, jak mogli wyglądać ludzie przed dziesiątkami tysięcy lat i jak będą wyglądali w dalekiej przyszłości. Nasz wygląd i muzyka są wypadkową tych dwóch fantazji. Jedną nogą tkwimy w zamierzchłej przeszłości, a drugą daleko, daleko w przyszłości.
Chodzi o to, że w każdej religii jest tyle zasad i reguł, że ich przestrzeganie i celebrowanie zajmuje więcej czasu niż prawdziwy kontakt z Bogiem. Chciałabym kiedyś zobaczyć, jak kościoły i wspólnoty wracają do podstaw – jak przestają nam zawracać głowę zbędnymi przedstawieniami religijnymi.
My byłyśmy pierwsze. W ciągu ostatnich pięciu lat pracowałyśmy nad kilkoma operami, choć na razie nie możemy żadnej z nich dopiąć (śmiech). Mamy np. kilka fragmentów opery barokowej, ale też dziwny materiał na przecięciu opery i muzyki filmowej. Może kiedyś coś z tego uda nam się dokończyć i wydać, ale na razie nie mamy takich planów.