Warszawa, Torwar; 26.04.2019

No dobra malkontenci, powiecie zapewne, że wszystko to już było. Że konwencja solo actu ma lat trochę, że artysta, który niepodziewanie wychodzi w tłum do publiczności to też nihil novi. Ale nikt na taką skalę w Polsce tego nie realizował, a przy okazji nie płacił frycowego tylko zaprezentował się jako świadomy - powtarzajmy to do znudzenia - pewny siebie, doskonale przygotowany artysta.

Zalewski nie po raz pierwszy pokazywał, że w tę grę potrafi. Milionom zaprezentował kunszt u Kuby Wojewódzkiego. Koncepcja koncertu, który trwał 1h 29 minut, a ze sceny nawet na chwilę nie wiało nudą, mimo że poza dwoma gościnnymi występami na scenie grał tylko jeden facet, który dzięki technice, looperom obsługiwał wszystkie instrumenty, wydawała się karkołomna.

Uznanie należy się za połączenie niezwykłej koncentracji, jakiej wymagała konwencja, z dramaturgią sceniczną. Z tym, by był to show, na który ludzie ruszyli zgodnie ze staropolskim przysłowiem „here we are now, entertain us”.

Wspomnieni goście byli – jakby to powiedział Tomek Hajto – "truskawką na torcie", ale nie musieli się pojawiać, by koncert był udany. Nosowska w „Jak dobrze” wypadła lepiej niż dobrze, a siostry Przybysz dały z siebie wszystko w „Jednego serca”. Ale to nie były gwoździe programu.

Chyba nie było osoby, która nie pasjonuje się muzyką, a nie czułaby dreszczy emocji, kiedy w szalony, nieco pokręcony sposób wprowadzone zostało „Burnin’ Down The House” z repertuaru Talking Heads. Chyba nie było nikogo, kto z podziwem i zaskoczeniem nie patrzyłby na to, jak Krzysiek Zalewski zagrał „Początek”. To, co zostało zagrane przez orkiestrę Męskiego Grania, tu wykonał jeden facet umiejętnie dawkując napięcia, serwując charakterystyczne przejścia i śpiewając – na szczęście – cały utwór sobą, bez próby imitowania emocjonalności kamratów.

Zalewski był też w inteligentny sposób sprytny. Kiedy wykonał wspomniany płonący dom, zaraz potem podszedł do fortepianu, by przenieść nas w klimat. Co godne podkreślenia – po takie wytłumienie emocji sięgał bardzo rzadko, bardziej pokazując nam kunszt łączenia muzycznych pętelek.

Na miejscu innych muzyków oprotestowałbym taką formę występów, jako zmierzającą do tego, by większość z nich zwolnić. Od dziś każdy koncert, wszędzie, z każdym repertuarem (ach ten Prince na początku) wykona sam Krzysztof Zalewski. I nie ma, że boli – jak będzie trzeba to jako jeden zagra nawet Bolero Maurice Ravela. Serio pisząc: nie zdziwię się, gdy kiedyś to zrobi.

Zalewski ze sceny stwierdził, że ponad 4 tysiące osób obserwowało ten występ. To kolejny raz, kiedy okazywało się, że polski artysta jest w stanie wypełnić wielką halę. Ci wszyscy, którzy byli, staną się pielgrzymami dobrej muzycznej nowiny. Podobnie, jak było w przypadku Podsiadło, niemal każdy, kto wychodzi z tego koncertu idzie w Polskę z przesłaniem: ja się już na byle co nabrać nie dam.

Dzięki takim ludziom jak oni (zgoda - i wielu innych) mamy w Polsce koncerty na światowym poziomie.

Dzięki, Krzysiek. To był cudowny wieczór.