Problem z tym, jak ma wyglądać festiwal, ciągnie się od czasów transformacji. Jeszcze za PRL była to najważniejsza impreza nurtu alternatywnego, a do historii przechodziły zarówno występy takich formacji jak Republika, Maanam czy Dżem, jak i ekip stricte punkowych. Tu bardzo ważne dla swej kariery koncerty mieli Hey oraz Edyta Bartosiewicz.

Jarocin miał ogromny wpływ na rozwój kultury niezależnej za PRL. Był też oddechem wolności. Wychodzący na scenę śpiewali piosenki jawnie antysystemowe, ale protesty odbywały się też w inny sposób - np. poprzez recytowanie socrealistycznej poezji z właściwym dla parodiowania gatunku zapałem i patosem.

Kiedy za czasów transformacji do Jarocina wkroczyła telewizja, zaczęto mówić o końcu festiwalu. I rzeczywiście nie było najlepiej - kiedy punkowie krzyczeli "nasz festiwal" i prowokowali zadymy, TVP pokazywało nie tylko występy - zatrudniony w stacji z Woronicza na ów czas Krzysztof Ibisz robił wywiady z gwiazdami. W swoim stylu - Artur Gadowski z zespołu Ira mówił do mikrofonów publicznej, że "wszystkie wolne dziewczyny są nasze".

Przez lata poszukiwano nowej formuły, zmieniano organizatorów, festiwal nie zawsze się odbywał. Miastu i wielu radnym zależało, by dalej promocja miasta odbywała się przez kulturę i muzykę. Pokazywano przykłady starych i nowych imprez z Polski i zagranicy. I próbowano. Czasem o festiwalu mówiło się dużo i pozytywnie, jak w 2016 roku, kiedy zagrał tu Slayer, czy nawet rok temu, kiedy Zalewski na pamiętnym koncercie oddał hołd Niemenowi.

W tym roku zamieszanie sięgnęło zenitu. Po wyborach samorządowych w mieście pojawiły się różne koncepcje na festiwal - rajcom zależało, by była to muzyczna impreza dla ludzi, mieszkańców, nie tylko dla przyjeżdżających. W lutym pisaliśmy, że jednym z pomysłów było zorganizowanie festiwalu disco polo zamiast tradycyjnej rockowej imprezy. Później zaprzeczył temu burmistrz, który w jednym z wywiadów powiedział, że festiwal będzie poświęcony pamięci Ryśka Riedla.

Rzeczywiście pierwszego dnia zagra z zespołem Cree syn Ryśka - Sebastian Riedel. Dzień później, 14 lipca, jako gwiazda wieczoru wystąpi Dżem. Pierwszego dnia zagrają też m.in. Sidney Polak, Marek Piekarczyk z Piotrem Cugowskim oraz Ukeje. Zagra też - w 30 lat po pierwszym koncercie w Jarocinie - Renata Przemyk.

Zamieszanie jest z tym, co ma się wydarzyć drugiego dnia. Na koncercie, przedstawianym jako telewizyjny, pojawić się mają Róże Europy, Grubson, Marcelina, Happysad, Kasia Kowalska, Marek Piekarczyk, Piotr Cugowski, Ukeje, Sebastian Riedel & Cree, LemON, Renata Przemyk, Mrozu oraz Tabu.

Wciąż nie wiadomo jednak, jaka telewizja i kiedy miałaby go pokazać. Z naszych informacji wynika, że wykonawcy zagrają po kilka utworów. Artyści początkowo informowani byli, że transmisją zainteresowany jest Polsat. Na nasze pytanie, czy telewizja ta pokaże koncerty z Wielkopolski, otrzymaliśmy informację o treści: "Przesyłamy mapę letnich koncertów Polsatu. Nie ma na niej koncertu z Jarocina". Przedstawiciele festiwalu jeszcze kilka tygodni temu w rozmowie z nami mówili, że poinformują o transmisji wkrótce - do dziś, mimo próśb, nie otrzymaliśmy żadnego potwierdzenia.

W mieście mówi się zaś dużo o festiwalu z rozgoryczeniem. Spodziewano się dużej frekwencji, dzięki której miasto i mieszkańcy zazwyczaj zarabiali - z naszych informacji wynika, że będzie ona niska, bilety nie znalazły tylu nabywców, co rok temu. W mediach społecznościowych furorę robił post jednego ze sklepów spożywczych, w którym bilety na festiwal oferowano za darmo przy zakupie skrzynki piwa. Bez względu na to, czy to tylko ponury żart, czy prawdziwa "promocja", odzwierciedla to, w jaki sposób o festiwalu mówi się w mieście.

Szkoda, bo niewiele trzeba, by znów zorganizować tu festiwal o ogólnopolskim znaczeniu. Przykłady z innych miast i gmin (Kraków, Gdynia, Cieszanów, Katowice) pokazują, że przy zaangażowaniu publicznych środków, przez muzykę i koncerty można wspaniale wypromować zarówno miasto, jak i region. I przyciągnąć tłumy zwiedzających nie tylko w dwa dni festiwalu.