Hania Rani, czyli Hanna Raniszewska, rocznik 90. Jest absolwentką fortepianu klasycznego na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Grała koncerty w Berlinie, Londynie, warszawskiej Filharmonii Narodowej, festiwalach Open’er w Gdyni i Eurosonic w Holandii. Aranżowała dzieła renesansowego lutnika Johna Dowlanda i barokowego kompozytora Henry’ego Purcella. Autorką muzyki do spektaklu Teatru Telewizji "Pradziady", interpretowała utwory Grzegorza Ciechowskiego. Jest również animatorką kultury.

W ubiegłym roku w prestiżowej zagranicznej wytwórni PIAS została wydana płyta duetu Tęskno, który Raniszewska tworzy z Joanną Longić. W piątek ukazał się jej pierwszy solowy album "Esja", który nagrywała w Warszawie, Amsterdamie i Reykjaviku. Album wydała brytyjska wytwórnia Gondwana Records.

Twoja mama jest lekarzem, tata architektem. Nie korciło cię albo nie próbowano cię skierować na te tory, zanim poszłaś do szkoły muzycznej?

Hania Rani: Nie poszłam w ślady rodziców, ale sporo czasu spędziłam w dzieciństwie z tatą, obserwując jego pracę w biurze architektonicznym albo odwiedzając z nim teren budowy. Ta miłość do "betonu", a uściślając architektury, pozostała do dziś. Zresztą architektura ma przecież dużo wspólnego z muzyką. Forma, logika, konstrukcja to sprawy, które wiążą te dziedziny. Zrozumiałam to, kiedy zaczęłam przyglądać się strukturze utworów.

W szkole muzycznej uczyłaś się przede wszystkim doskonałości wykonania, określonych ram. Nie było to nigdy dla ciebie przeszkodą? W jednym z wywiadów powiedziałaś, że często inspirują cię artyści, którzy nie mają edukacji.

Nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia. Szkoła może w muzyce bardzo pomóc, ale nie jest niezbędna. Mnie klasyczna edukacja bardzo pomogła. Nie skreślam jednak artystów, którzy jej nie zaznali. Co więcej, często z takimi pracuję. To, co mi naprawdę imponuje, to zdobycie fachu, rzemiosło, zresztą nie tylko w sztuce. Mam wrażenie, że dziś nie przykłada się wagi do jakości w tym zakresie, często forma góruje nad treścią, a o rzemiośle się zapomina.

Wracając do szkoły muzycznej i klasyki…

Miałam wielkie szczęście. Poznałam tam świetne osoby otwarte na różne gatunki muzyczne. Ja tej otwartości nauczyłam się już w domu. Tata puszczał w samochodzie na zmianę "Muzykę sztucznych ogni" Haendla, a potem Pink Floyd. Mama zabierała do opery. Na pierwszą komunię dostałam walkmana. Ta otwartość ukształtowała moje podejście do muzyki. Z kolei nauka w szkole muzycznej pozwoliła mi nie tylko poznać i przyjrzeć się genialnym dziełom, ale też ich kompozytorom. Szybko przekonałam się, że muzycy i kompozytorzy klasyczni byli "wariatami" i mieli charyzmę, której wiele dzisiejszych globalnych gwiazd pop może pozazdrościć. Swego czasu zafascynowałam się Johnem Dowlandem, wirtuozem lutni żyjącym na przełomie XVI i XVII wieku. Kilka lat temu napisałam nowe aranżacje jego pieśni na kwintet smyczkowy i solistów. Wcześniej interpretacji jego kompozycji podjął się na przykład Sting. Można powiedzieć, że Dowland był Stingiem swoich czasów. Jeździł po dworach i dawał koncerty jako prawdziwa gwiazda. Był bożyszczem. To mi uświadomiło, że emocje w muzyce przez wieki nie zmieniły się tak bardzo. Zmienił się trochę język muzyczny, chociażby przez pojawienie się elektroniki, ale substancja muzyczna i to, co ta muzyka miała ze sobą nieść – piękno, żart, a czasem zgorszenie – pozostało.

Jakie emocje towarzyszą wydaniu twojej pierwszej solowej płyty? Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że "jeśli robić sztukę to tylko na śmierć i życie".

H.R.: Zdaję sobie sprawę, że teraz już tylko moje nazwisko widnieje na okładce i że nie ma się za kim schować. Stąd pojawia się pewien strach. Oczywiście, że chciałabym, żeby płyta była dobrze przyjęta, tym bardziej że praca nad nią trwała kilka lat. Miałam wysoki pułap wyobrażenia, jak ta płyta ma brzmieć. Inspirowałam się dokonaniami moich idoli, m.in. Nilsa Frahma, i bardzo chciałam spróbować dotknąć nagrań - czy raczej jakości brzmienia - które cenię najbardziej. To było czasochłonne, ale w końcu znalazłam człowieka, który zespoił moje kompozycje nagrane w różnych miejscach w jedną całość. To holenderski producent Gijs van Klooster. Pracował między innymi z pianistą Joepem Bevingiem, którego twórczość niezwykle cenię.

Płyta "Esja" została wydana przez angielską wytwórnię Gondwana Records. Wcześniej album twojego duetu Tęskno wypuściła wytwórnia PIAS. Jak to się robi, jak wydaje się płyty za granicą?

Wysłałam im swoje demo, a w zasadzie materiał na kilka płyt. Odpisali mi następnego dnia. Nie wiem, czy tak się często zdarza, czy jestem po prostu w czepku urodzona. Bardzo chciałam wydać płytę za granicą, dostępną dla ludzi w różnych miejscach na świecie. Wydaje mi się, że muzyka, którą tworzę jest abstrakcyjna i daje duże pole do interpretacji. Nie jest odzwierciedleniem tylko jednej rzeczywistości. Dlatego cieszę się, jak jest odbierana za granicą. Okazuje się, że taka minimalistyczna i subtelna forma również znajduje swoich miłośników i jest potrzebna. Nie wiem, czy moja muzyka pasuje do dzisiejszych czasów. Być może tego, czego ja szukam – oderwania od bałaganu, pędu, od tego, kim jesteśmy na co dzień – szukają też inni.

Mówisz, że do wytwórni wysłałaś kilka swoich płyt. To znaczy, że kolejny album już w drodze?

Mam nadzieję, że pojawi się dość szybko. Na "Esji" zależało mi na skupieniu się na instrumencie, który jest mi najbliższy - pianinie. Druga będzie dopełnieniem mojej twórczości, którą można już było poznać chociażby dzięki projektowi Tęskno. Będzie bardziej złożona, czasem piosenkowa, z użyciem elektroniki, smyków, głosów. Choć na pewno serce zostanie przy pianinie, bo to mój pierwszy instrument, moja ręka, wyobraźnia. Trudno byłoby się od tego odciąć.

Płytę nagrywałaś w kilku miastach w różnych częściach świata. Tytuły twoich kompozycji odnoszą się różnych miejsc, na przykład Bieszczad czy góry Esja na Islandii.

Mam szczególne miejsca w swoim życiu i one rzutują na moją muzykę. Berlin, do którego się przeprowadziłam, żeby kontynuować edukację. Islandia, gdzie byłam kilka razy i w której muzyce zakochałam się kilka lat temu. Stąd pochodzi również nazwa płyty. Esja to góra w okolicach Reykjaviku. Choć tytuł nie odnosi się do niej bezpośrednio. Chodziło mi o abstrakcyjną inspirację. Jeśli chodzi o Bieszczady, to pojawiły się na dobre w moim życiu trzy lata temu. Wraz z Dobrawą Czocher dostałyśmy zaproszenie do zagrania na jednym wernisażu w Bieszczadach. Młody architekt z Warszawy odkrył starą cerkiew w Baligrodzie i ze znajomymi z wydziału architektury Politechniki Warszawskiej zaczęli tam budować artystyczne instalacje. Ja grałam na wernisażu jednej z nich. Cerkiew okazała się niesamowitą przestrzenią pod względem estetycznym i akustycznym. Wrażenie zrobiła na mnie również okolica i ludzie. Zakochałam się w Bieszczadach i wraz z osobami, które - jak ja - bardzo chciały tam wracać, wpadliśmy na pomysł zorganizowania festiwalu. Tak powstał Festiwal Tchnienia w Bieszczadach. W tym roku odbędzie się druga edycja. Będą koncerty, pokazy filmowe, panele, dobre jedzenie. Już nie ma biletów.

Skąd wśród twoich marzeń koncert w Japonii?

Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach pisał, że kiedy pierwszy raz pojechał do Japonii, to się bardzo zdziwił, bo słuchacze na jego koncercie siedzieli z partyturami w rękach, sprawdzając, czy wykonanie na żywo zgadzało się z tym, co znajduje się w zapisie. Był raczej przyzwyczajony do swobodnych wykonań. Chciałabym się zetknąć z takim słuchaczem, z zupełnie innego świata, innej kultury. Takie konfrontacje mnie nakręcają.

Jak wyglądała twoja pierwsza sceniczna konfrontacja z widzem, która przekonała cię do tego, że chcesz zająć się muzyką, i to niekoniecznie klasyczną?

Pierwszym koncertem, który był niezwykle istotny i pozwolił mi w pełni zaistnieć na scenie, był występ związany z utworami Grzegorza Ciechowskiego. Wraz z Dobrawą Czocher opracowałyśmy je na festiwal jego pamięci w Tczewie. Po naszym minikoncercie, który składał się z trzech utworów, zostałyśmy zaproszone przez redaktora Kamila Wicika z Radia Gdańsk do przygotowania pełnowymiarowego koncertu. To był mój pierwszy taki koncert na żywo, do tego pierwszy, podczas którego odzywałam się do publiczności. Podczas koncertów klasycznych nie miałam takiej możliwości. Najważniejszy był jednak znakomity odbiór występu. Ten wieczór dał mi poczucie, że to jest to, co chcę robić, z czym się dobrze czuję - że płynę z muzyką. Przestałam się bać, że się pomylę i spinać czy zagram dobry dźwięk. Nikt mi już nie mówił, że jedna nuta powinna trwać dłużej, inna krócej. To było bardzo wyzwalające uczucie.

Grałaś Ciechowskiego, Dowlanda, ale wśród twoich pasji jest również jazz.

Jazz poniósł mnie później niż klasyka. Przesiąkłam nim w czasach licealnych. W Trójmieście był wtedy popularny klub Papryka, w którym odbywały się jam sessions. Często grali tam na przykład Leszek Możdżer i Sławek Jaskułke. Weszłam w młode środowisko jazzowe, które teraz dochodzi do głosu. Mój szkolny przyjaciel, trębacz Emil Miszk, dostał niedawno Fryderyka za jazzowy debiut roku. Natomiast w ubiegłym roku w mojej karierze mocno pojawiła się improwizacja, choć nie stricte jazzowa. Z Dobrawą zostałyśmy zaproszone na koncert greckiego producenta Hiora Chronika.

Sporo w twojej karierze wydarzyło się przez zaproszenia.

Faktycznie mam szczęście do zaproszeń albo do mówienia "tak". Wspomniany Grek wykonuje muzykę ambientową, a jedynym sposobem na wykonanie tej muzyki jest właśnie improwizacja. Wykonawca bazuje się na bardzo prostych strukturach, a potem rozwija po swojemu. I to był wspaniały występ. Z kolei dwa tygodnie temu miałam okazję zagrać "Kołysankę Rosemary" Krzysztofa Komedy. Zagrałam ją m.in. dla reżysera "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego, podczas uroczystości wręczenia nagród ZAiKS.

Przy płycie duetu Tęskno w wywiadach często opowiadałaś, za czym tęsknisz. A teraz, co rani Hanię Rani?

Bezmyślność życia. Życie "na autopilocie", jak ładnie o tym mówiła w jednym wywiadzie Misia Furtak. Bezmyślność, jeśli chodzi o ekologię, o podejście do tego, jak traktujemy świat, siebie samych. Ale też bezmyślność i jałowość w relacjach. To mnie rani.

autor: Wojciech Przylipiak/PAP