Marcin Cichoński: Zaskoczyłaś wizerunkiem. Nowa płyta to kontynuacja, czy ponowny debiut?

Reklama

Kasia Lins: Każda płyta to osobny byt. Krok w przód. Nie lubię myśleć o niej jako kontynuacji, zwłaszcza w momencie, w którym mój świat dopiero się krystalizuje. Wciąż szukam, badam, sprawdzam gdzie mi dobrze, co mnie jako autorkę w muzyce podnieca, co na mnie działa, jakie brzmienia, harmonie, nastroje najlepiej mnie oddają. „Moja wina” bardzo mnie uświadomiła, bo dzięki niej dowiedziałam się wiele nie tylko o sobie, ale też o moim miejscu w muzyce. Dopiero ona naprowadziła mnie na odpowiedni tor. Własny tor.

Jak rodziła się koncepcja na spójną całość - powstała od detali, urywków, czy od razu była całość?

Koncepcja urodziła się od razu, ale nie w pełni świadomie. Uświadomienie, co tak naprawdę jest spójnikiem pisanych piosenek, pojawiło się kiedy napisałam już kilka tekstów. Konsekwentnie odnosiłam się w nich do liturgii, wykorzystywałam symbolikę biblijną czy dialekt kościelny. Poszłam za tym i tak narodziła się spoista opowieść, która z kolei czynnie wpływała na brzmienia, harmonie, aranż, na warstwę muzyczną generalnie, a gotowe już piosenki rodziły pomysły na klipy, ich niekiedy mszalny, obrządkowy charakter. To wszystko okazało się jakoś dziwnie podniecające i idealnie oddające stany emocjonalne, ale też oceny moralne jakim się poddawałam. To kolidowało z pytaniami, które sobie wtedy zadawałam i tych pytań ciężarem.

Ile czasu spędzasz oglądając filmy i seriale? Każdą wolną chwilę?

Dawno nie miałam wolnej chwili, ale tak zwany czas wolny zawsze spędzam czynnie. Bo tak, dla mnie czytanie i oglądanie to czas spędzony aktywnie. To jest moja przyjemność, ale tez obowiązek zawodowy - na szczęście te sfery się przenikają i nie muszę wybierać między przyjemnym, a pożytecznym. Obie te dziedziny są fundamentalnie ważne w kontekście tego czym zajmuje się zawodowo. Dla mnie korzystanie z tych innych światów na zasadzie fuzji, integracji, miksowania i wywracania ich pierwotnej roli to największa satysfakcja z uprawianego zawodu.

Kto Ci artystycznie skradł serce, których twórców, niekoniecznie muzycznych wymienisz jako najważniejsze postaci dla tego, kim jesteś w 2020?

Od lat to jest bardzo podobna baza. Oczywiście ta lista się aktualizuje, ale Ci „nowi” muszą przejść długą fazę testów. Nie zachłystuję się. Jeśli kimś się zachwycę, wolę spędzić czas na poznaniu całego jego dorobku, zamiast regularnie stymulować się nowościami. Dziś Ci najważniejsi to pewnie Sorrentino, Lynch, Polański, Fiona Apple, Bernhard, Tyrmand, Hopper, Turner. Nie wiem czy taka krótka lista cokolwiek mówi, ale ich czuję, oni mnie formują. Albo inaczej: to ja daje się im formować. Znaczący wpływ na to kim dziś jestem i jak brzmię miała też moja długoletnia faza jazzowa, klasyczna i soulowa, ale to temat na osobna rozmowę.

Jak wydaje się płytę w czasie pandemii?

Tak samo jak bez niej. Oprócz ograniczonych możliwości nabycia nośnika w momencie kiedy płytę wydawałam i zupełną niemożność uczestniczenia w koncertach, a ja ich grania. Samo wydanie płyty odbywa się, nomen omen, ”po bożemu”, ale to granie napędza i pomaga dotrzeć do nowych słuchaczy. Nie mówiąc już o samej żądzy ożywienia tych pieśni. Uczestnictwa w jakimś rytuale, czymś co daje Ci życie i zdrowy doping. A tak to muszę w te sumplementy.

Opowiedz o teledyskach. To były twe wizje?

Moje i Karola Łakomca, człowieka renesansu, z którym robiłam wszystkie pieśni i klipy. Te koncepcje często rodzą się już na etapie komponowania piosenki. To jest czas kiedy mamy już w głowie nastrój, pojedyncze sceny, skojarzenia. Ja najbardziej lubię moment, w którym rodzi się nowa bohaterka. Kiedy z podmiotu lirycznego, z którym w dużej mierze się utożsamiam, zamieniam się w bohaterkę filmu, która to bohaterka nadaje tej opowieści nowego, świeżego znaczenia. Daje nowe możliwości interpretacyjne, zmienia kontekst liryczny. Przy okazji klipów do piosenek z płyty „Moja wina” szczególnie ważna była dla nas konsekwencja tematyczna i jednorodność atmosfery jaka w nich dominuje, a często nawet przedłużanie historii z jednego klipu i jakaś wywrotowa jej kontynuacja w następnym.

I jak w tym spójnym świecie wyglądałyby koncerty promujące płytę, gdyby można było je przeprowadzić?

Reklama

Można się o tym przekonać oglądając nasze surrealistyczne „Czego dusza pragnie [live show]”, które będzie dostępne w sieci między 6, a 20 lipca. To nasza wizja koncertu jaki chcielibyśmy oglądać nie tylko w czasach izolacji, ale z pewnością to pandemia była głównym motywatorem jego powstania. Ten koncert to fuzja sztuk, spektakl muzyczny i produkcja filmowa w jednym. Ten wirtualny koncert z elementami teatru i kina to efekt pracy ponad 30-osobowej ekipy. To wiele tygodni przygotowań, kilka dni na deskach teatru, miesiąc postprodukcji. To praca kilku filmowych pionów, mojego zespołu poszerzonego o skład instrumentów dętych, realizatorów dźwięku i światła, ale też wspaniałych gości: Czesława Mozila, Anny Gacek, Króla i Oli Domańskiej. Zapraszam do oglądania, bo jestem prawie pewna, że to wydarzenie na rodzimym (a może i nie tylko?) rynku absolutnie bezprecedensowe.