To pan wpadł na pomysł, by nagrać album z polskimi wersjami jugosłowiańskich przebojów rockowych z lat 80., angażując popularnych artystów, m.in. Kazika, Katarzynę Nosowską, Pawła Kukiza, Tymona Tymańskiego, Olafa Deriglasoffa. Chwyciło. Jak wspomina pan tę płytę dzisiaj?

Reklama

Grzegorz Brzozowicz: Mam do tej płyty wielki sentyment, zwłaszcza że nie powstawała tak, jak zwykle powstają albumy muzyczne. Był w tym element nostalgii, mojego rozliczenia się z dzieciństwem. Jako dzieciak przez pięć lat mieszkałem w Belgradzie i słuchałem tych wszystkich płyt, które dla nagrań na „Yugotonie” stanowiły pierwowzór . Ta płyta była po pierwsze hołdem dla tamtych czasów, a po drugie kumpelską inicjatywą. Śpiewają na niej moi koledzy, którym robiłem koncerty w klubie Riviera Remont. Wszystko było połączone taką, można powiedzieć, męską przyjaźnią i krajem, który wówczas był daleko do przodu w stosunku do naszej rzeczywistości.

Ale my też mimo izolacji od Zachodu mogliśmy pochwalić się doskonałymi artystami. W latach 80. Nastąpił przecież wysyp doskonałych kapeli rockowych.

Nie chodzi o to, że nie byłem zwolennikiem tego, co działo się w Polsce, tylko w Polsce wszystko odbywało się ze sporym opóźnieniem. Jugosławia była zupełnie innym krajem, choć komunistycznym. Nie należała do bloku sowieckiego, była bardziej niezależna i znacznie bardziej otwarta na Zachód, w szczególności na popkulturę – płyty, filmy, książki. Oni bardzo szybko mieli do tego dostęp.

Czego brakowało w naszej muzyce w porównaniu z muzyką byłej Jugosławii?

W przypadku muzyki wszystko było filtrowane przez radio, które decydowało, co puszczać, a czego nie. Przyczyny nie zawsze wynikały ze względów cenzuralnych, czasem bywała to wina zamkniętych na świat prezenterów. Kiedy w Belgradzie w 1979 roku trwał boom nowofalowy, u nas nowa fala dopiero zaczynała raczkować. Nie byłem jednak przeciwnikiem polskiej muzyki, bo sam polskim zespołom alternatywnym robiłem koncerty, to byli moi przyjaciele. Jugosłowiańska muzyka była po prostu lepsza.

Jakie rzeczy z tych, o których Polacy mogli tylko pomarzyć, w Jugosławii były bez większego problemu dostępne?

Na przykład cała seria filmów o Bondzie, których w Polsce w ogóle nie było. Całe kino erotyczne, typu seria „Emmanuelle”, czy znacznie poważniejsze „Ostatnie tango w Paryżu”. W Jugosławii czytało się „Rok 1984” Orwella, Sołżenicyna, książki o stalinizmie. W Polsce wszystko to było niedostępne. U nas ludzie zabijali się, żeby dostać się na Konfrontacje – to był przegląd najnowszych produkcji filmowych, takich najbardziej poszukiwanych, nie tylko przez krytyków, ale i widzów. Rocznie pokazywano na nich od sześciu do dziesięciu tytułów. W Belgradzie odbywał się z kolei Fest, na którym pokazywano 80 filmów. Prawie wszystkie płyty wychodziły tam regularnie, powiedzmy – z półrocznym opóźnieniem. Ale wszystkie najważniejsze rockowe wydania można było dostać. Przykłady można by mnożyć.

Na wakacje w Jugosławii przeciętny Polak mógł sobie pozwolić?

Na wakacje wśród Polaków mogli jeździć tylko wybrańcy, bo mało kogo było na to stać. Jeździliśmy raczej do Bułgarii. Jugosławia była krajem dewizowym. Dinar był wymienialny. Niestety, wyjazdy Polaków do Jugosławii zazwyczaj były wyjazdami na handlowo-turystycznymi. Było w tym coś nawet upokarzającego. Pół samochodu wypełniały rzeczy na sprzedaż. Wtedy była między nami przepaść, może nawet większa niż teraz w drugą stronę – między Serbią a Polską.

Nagrywanie „Yugotonu” odbywało się w czasie, kiedy była Jugosławia leczyła bolesne, powojenne rany. Idea nagrania płyty miała jakiś podtekst polityczny? Była wyrazem solidarności czy przedsięwzięciem wyłącznie muzycznym?

Płytę robiliśmy z przyczyn wyłącznie artystycznych, zaprosiliśmy do Polski dwóch autorów – jednego z Serbii, drugiego z Chorwacji. Muzyka bardzo ich łączyła. Rock stał się spoiwem dla dawnych republik Jugosławii. Zespoły z Zagrzebia były szalenie popularne w Belgradzie i na odwrót. Już po wojnie, kiedy został zawarty pokój, pierwsze kontakty między republikami odbywały się na bazie kultury. Serbskie zespoły jeździły do Słowenii, bo Chorwacja była na Serbów zamknięta, żeby zobaczyć występy serbskich zespołów Chorwaci jeździli do Słowenii. Ta tęsknota muzyczna była wielka. Dowodem na to jest choćby fakt, że kiedy po 28 latach nieobecności do Belgradu przyjechał zespół Parni Valjak, którego piosenkę „O nic nie pytaj” śpiewa Paweł Kukiz, to na ich dwa koncerty przyszły 44 tysiące osób. Muzyka jest więc jedną z tych rzecz, która trzymała obywateli byłej Jugosławii razem i trzyma do tej pory.

Moim absolutnie ulubionym utworem z płyty „Yugoton” są „Malcziki”. Jest w nim wszystko co chwytliwym przeboju być powinno: taneczny rytm, agresywny wokal Kazika w połączeniu z nutą folku. No i tekst, który w czasach młodego, drapieżnego kapitalizmu bardzo trafnie obrazował rzeczywistość.

Utwór napisał przez zespół Idoli. To była specyficzna grupa nowofalowa. Ich pierwsza płyta długogrająca, zatytułowana „Obrona i ostatnie dni” jest bardzo poważna i nawiązuje do prawosławia. We wszystkich byłych republikach jugosłowiańskich uznano ją za jeden z najlepszych albumów kiedykolwiek powstałych w tamtym regionie. Zespół zaczynał jednak od piosenek singlowych. Pierwsze dwa ich utwory „Rzadko widuję cię z dziewczętami” i „Malcziki” znalazły się na „Yugotonie”.

Reklama

Jak teksty oryginałów i wersji polskich miały się do siebie?

Pierwszy w warstwie tekstowej niemal jeden do jednego pokrywa się z oryginałem. Przetłumaczyłem go i okazało się, że pasuje zarówno Katarzynie Nosowskiej, jak i Pawłowi Kukizowi. W tekście, który śpiewa Kazik, tylko dwie linijki są takie jak w oryginale. „Płomienne zorze, budzą mnie ze snu”… W wykonaniu zespołu Idoli to był taki numer prześmiewczy o socrealizmie. Stąd wstawka po rosyjsku, stąd bałałajka. To połączenie kazaczoka i zachodniej muzyki ska. To nadało utworowi dynamikę i rytmiczność w zestawieniu z charakterystycznym dla rosyjskiej muzyki ludowej wyciszeniem, a następnie stopniowym przyspieszeniem. W oryginale był to pastisz piosenek socrealistycznych i naśmiewanie się z socrealizmu. Piosenka powstała jeszcze za czasów rządów Tito. Była zaledwie lekką prowokacją, bo żarty ze Związku Radzieckiego nie były wówczas zakazane.

Kto zauważył, że codzienność młodych ludzi w epoce stalinowskiej, kiedy wyrabiało się 200 procent normy, bardzo przypomina wyścig szczurów w kapitalistycznych korporacjach?

Kazik zapytał, jaki klimat tekstu odpowiadałby mnie. Odpowiedziałem „zrób to tak, żeby przenieść to do współczesnych czasów”. Ta sama idea pracujących młodych ludzi, tylko w odniesieniu do korporacji.

Czy z którąś z tych piosenek wiąże się jakaś szczególna dla pana historia?

Każda piosenka ma swoją historię, bo wybrałem tylko swoje ulubione. Na płycie znalazły się na przykład piosenki zespołu Film. Jedną śpiewa Kaśka Nosowska, drugą Grzegorz Nawrocki, a trzecią Olaf Deriglasoff. Tego zespołu nie poznałem osobiście, natomiast wszystkich innych twórców znam i z wieloma do dzisiaj się przyjaźnię. Kazik uwielbiał na przykład zespół Električni Orgazam, który sprowadziłem na koncerty do Polski. Oni razem z Idoli i Šarlo akrobata byli prekursorami jugosłowiańskiej nowej fali. Dwa z tych zespołów udało mi się zaprosić na koncerty do Polski, z kolei grupa Idoli, czyli twórcy „Malczików”, miała przyjechać do nas w grudniu 1981 roku. Nie zdążyli, bo akurat wybuchł stan wojenny.

Kontynuacja „Yugotonu”, czyli płyta „Yugopolis” wydana w 2007 roku, była próbą powtórzenia sukcesu pierwowzoru?

W tym przypadku było nieco inaczej. Twórcom piosenki „O nic nie pytaj”, którą w polskiej wersji zaśpiewał Paweł Kukiz, grupie Parnii Valjak tak się spodobał cały koncept „Yugotonu”, że zaproponowali: „Super, a może byś zrobił album tylko z naszymi piosenkami?”. W ten sposób powstała płyta „Yugopolis”.

Którą z piosenek z „Yugotonu” obstawiał pan na materiał na największy sukces w Polsce?

Oczywiście „Malcziki” ale też czułem, że wielkim hitem będzie piosenka, którą śpiewał Tymon Tymański.

Tytuł brzmiał „Dziewczęta w letnich sukienkach”.

To był jeden z największych hitów tamtych czasów w Jugosławii, ale Tymon chyba nie najlepiej ją poczuł. Darko Rundek z zespołu Haustor, który jest kompozytorem tej muzyki, to mój przyjaciel. Jego piosenki znalazły się na kolejnej płycie „Yugopolis 2”.

Podobnie jak „Ostatnia nocka” wykonana po polsku przez Macieja Maleńczuka…

To z kolei utwór grupy Bajagi i jednocześnie największy przebój, jaki wylansowaliśmy z repertuaru piosenek jugosłowiańskich. Na „Yugotonie” piosenkę tego samego zespołu śpiewa Olaf Deriglasoff i to jest moja ulubiona wersja tych wszystkich piosenek, bo tekst napisał Olaf bardzo osobisty. Opowiada o jego ojcu.

Co sprawia, że muzyka bałkańska okazuje się taka chwytliwa dla polskich słuchaczy? Bo jeśli wziąć po uwagę sukcesy wspólnych płyt Kayah i Krzysztofa Krawczyka z Goranem Bregoviciem, których był inicjatorem, to chyba na rzeczy coś jest…

Sprawa jest prosta. Bałkańskie utwory są przede wszystkim bardzo melodyjne. Są łatwe do śpiewania i mają taką biesiadną nutę, która wynika z geografii i tradycji. Na Bałkanach po prostu wszyscy śpiewają. Tam, kiedy siada się za stołem i biesiaduje, to wszyscy śpiewają – i młodzi i starzy. Nie ma podziału, że na przykład młodzi są fanami muzyki elektronicznej, a ludzie w moim wieku są rockowcami. Nie, tam dziadkowie i wnukowie śpiewają te same piosenki ludowe. Tradycja to jedno, ale przecież każdy kraj europejski ma swoją. To, co powiem zabrzmi oczywiście mało skromnie, ale muzyka bałkańska padła w Polsce na podatny grunt dzięki mnie. Każdy przecież mógłby przerobić piosenki dowolnego regionu i stworzyć z nich płytę po polsku.

A dlaczego my, jak by nie było Słowianie, nie mamy takiej silnej tradycji biesiadowania i wspólnego muzykowania?

Zawsze mówię, że mamy inne podejście do biesiadowania i alkoholu. U nas przez to, że się piło wódkę, wszyscy szybko padali i zabawa się kończyła. A kiedy pije się wino, to znacznie dłużej można przy stole posiedzieć i pośpiewać.

Śledzi pan to, co się dzieje we współczesnej muzyce Bałkanów? Są młodzi i utalentowani artyści, których powinniśmy poznać?

W tej chwili nie czuję się ekspertem, bo to, co powstaje w republikach byłej Jugosławii przestało mi się podobać. Dawno nie usłyszałem czegokolwiek, co by mi się naprawdę podobało. Może to kwestia wieku. Natomiast nadal mam na tym terenie wielu przyjaciół, regularnie do nich jeżdżę i oni też mówią, że nie jest najlepiej. W każdym razie nigdy już nie było tak dobrze jak na początku lat 80. Ale z drugiej strony istnieje w Polsce radio internetowe Kafana FM. Zawiaduje nim Tomasz Kontek, opierając się głównie na współczesnych utworach z republik byłej Jugosławii i jego stacja cieszy się powodzeniem. Być może więc nie jest tak źle, jak mnie mogłoby się wydawać. Nie znalazłem żadnego nowego utworu, z którego chciałbym zrobić polską wersję. Ale muzyka rozrywkowa generalnie nie już nie znaczy tego, co znaczyła dla naszych pokoleń.

Rozmawiała Malwina Wapińska/PAP