"Phrazes For The Young"

Julian Casablancas

Wyd. Rough Trade/Sonic 2009



Jako pierwszy dwa miesiące temu wystrzelił lider Interpolu. Niestety ukrywanie tożsamości na "Julian Plenti Is... Skyscraper" wyszło mu raczej kiepsko. Od razu przecież zdradziła go charakterystyczna maniera wokalna, posępny barytonowy głos, a nawet brzmienie takich utworów jak "Fun That We Have" czy "Games For Days", które do złudzenia przypominały dokonania jego własnej formacji.

W przypadku ukazującego się właśnie "Phrazes For The Young" Juliana Casablancasa mamy inną sytuację. To już kolejny album członka The Strokes – wcześniej dwa pod własnym nazwiskiem wydał już gitarzysta Albert Hammond Jr, a pozostali – Fab Moretti i Nikolai Fraiture – szykują się z pobocznymi projektami Little Joy i Nickel Eye. Do tego pod względem muzycznym może on być zaskoczeniem dla fanów, ponieważ typowe garażowe gitarowe brzmienie i rockandrollową energię zastąpiły klawisze, automaty perkusyjne i gładkie, prawie popowe melodie.

Casablancas co prawda wciąż śpiewa w podobnym sposób – nieco znudzony, z lekką młodzieńczą chrypką, a jego piosenki są proste i chwytliwe. Takie kawałki jak "Out Of Blue" czy "Left & Right In The Dark" w nieco innej aranżacji spokojnie mogłyby trafić na jeden z albumów The Strokes. Ale mimo wszystko, jeśli pisząc te utwory, oglądał się za siebie, to na lata 80., kiedy słuchał Ultravox, Human League, New Order, Van Halen czy Davida Bowiego. Do tego w "Ludlow St" przy dźwiękach gitary akustycznej i banjo snuje opowieść o Nowym Jorku w stylu country, a w "4 Chords Of The Apocalypse" na swój sposób porywa się na soulową balladę. Pytanie tylko, czy ta płyta byłaby taką ciekawostką i obroniłaby się, gdyby nagrał ją zupełnie nieznany artysta?

Zarówno "Julian Plenti Is... Skyscraper", jak i "Phrazes For The Young" idealnie obrazują właśnie problem całej muzyki rockowej tej dekady, która jest jednym wielkim pastiszem – czasem mniej, a czasem bardziej poważnym. Do tego liderzy zespołów są zwyczajnie anonimowi i pozbawieni charyzmy. Może mają rozpoznawalny głos, ale nie potrafią wyjść poza ustaloną konwencję i napisać naprawdę ważnych piosenek. To pokolenie, niestety, nie da nam następców Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy nawet Boba Moulda i Davida Thomasa.