Mike Patton spartaczył swoją włoską robotę
Oj, nudzi się Mike Patton w Nowym Jorku i nosi go strasznie. Z tęsknoty za rodzinnymi stronami swojej żony nagrał album ze starymi włoskimi piosenkami. Ale tym razem trochę przeholował.
- Koniec Slipknot? Wokalista nie zaprzecza
- Metallica: To było historyczne wydarzenie
- Edyta Bartosiewicz wraca z nową muzyką
- Living Colour wraca do Polski w sierpniu
- "Grey Oceans" jest inna, ale równie dobra
- CocoRosie: Nowa płyta powstawała o świcie
- Robert Brylewski: Czekam na nową rewolucję
- Hey znów pokazuje, kto się liczy w muzyce
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Patton ma genialny głos – to już wszyscy wiemy. Ma zupełnie szaloną wyobraźnię i jest muzycznym erudytą – to też nie jest zaskoczeniem. Do tego zarobił tyle pieniędzy na zeszłorocznej reaktywacji Faith No More, że może wrócić do wydawania płyt tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji oraz nie przejmować się ich kosztami. Cóż, wiadomo przecież nie od dziś, że jego fani kupią wszystko i zawsze będą zachwyceni. Tylko czy taka pewność i zadowolenie z siebie nie bywają czasem zgubne?
Praca nad „Mondo Cane” z pewnością była dla Pattona dużym wyzwaniem. Do tego karkołomnego przedsięwzięcia udało mu się zaangażować 65-osobową orkiestrę – sam zdecydował się stanąć na jej czele, stylizując się na włoskiego dandysa w białym garniturze i z charakterystyczną czarną grzywką mocno potraktowaną żelem. Do tego postanowił pokazać wreszcie krewniakom z Bolonii, że nie jest tylko typowym amerykańskim turystą i że częste wakacyjne wyjazdy do Włoch nie poszły na marne.
Patton nie tylko rozsmakował się w spaghetti i lokalnej kulturze, ale również nauczył się płynnie mówić, a nawet śpiewać po włosku. Można też wyobrazić sobie, jak ciotki puszczały mu z łezką w oku utwory Freda Bongusto, Luigiego Tenco i Gino Paoli, a teraz Mike odwdzięcza im się muzyczną laurką.
Kreacja Amerykanina wypada w praktyce mało wiarygodnie. Jego interpretacja wokalna ani nie porusza w sentymentalnym „Quelle che conte”, ani nie porywa w dancingowym „L’uomo che non sapeva amare”. Od strony muzycznej, rozbudowanych aranżacji partii instrumentów smyczkowych i dętych, partii fletów, dzwoneczków i chóru, jest fantastycznie – szczególnie pod koniec „Senza fine”. Jednak swoją rockową charyzmą i rozbuchanym operowym patosem Patton potrafi zepsuć wszystko – nawet doskonałe „Deep Down” w stylu easy listening autorstwa jego największego mistrza Ennia Morricone. Lider Faith No More zapomniał chyba, że to nie jest kolejny projekt Johna Zorna i nie chodzi o zabawę konwencją.
Zabierając się za ten projekt, Patton sam chyba do końca nie wiedział, na co się zdecydować. Trzymać się oryginalnych wersji i w miarę swoich możliwości próbować naśladować wielkich włoskich śpiewaków czy wręcz przeciwnie – przyswoić ten klasyczny materiał na swój sposób i nadać mu autorski charakter pozostałych rockowych projektów? Bo jak wytłumaczyć wtrącane od czasu do czasu mroczne motywy rodem z nagrań Fantomasa czy postmodernistycznego szaleństwa Mr. Bungle w „Urlo Negro”?
Na koniec należy policzyć Pattonowi na plus przemyślany i różnorodny dobór repertuaru oraz pogratulować takich momentów, jak knajpiane „20 km Al Giorino” i kabaretowe „Che notte!”. Ciągle jednak wydaje się, że w tle słychać jego złowrogi i diabelski chichot, którym tryumfalnie obwieszcza: Patrzcie, mogę wszystko! Mike – wierzymy ci na słowo – tylko po co?
Jest jeszcze jedna kwestia, która nie daje spokoju przy słuchaniu „Mondo Cane”. Dla Pattona włoskie piosenki są czymś egzotycznym i fascynującym. Podobnie dla wielu innych Amerykanów, dzięki którym płyta trafiła na szczyt listy Billboard Classic. Tymczasem w Polsce niestety kojarzą się ona raczej z kiczem rodem z festiwalu w San Remo, estradowym przebojami Jerzego Połomskiego i aktualnymi do dziś weselnymi szlagierami. I tej kiczowatej otoczki nie udało się Pattonowi, niestety, zneutralizować.

















































~Mojrah2012-03-30 00:33
wtf! popieram, szokuje mnie ten artykuł, bzdura nad bzdurami, nawet włosi wyrazili swoje uznanie dla tego projektu, myślę,że autor popełnił straszny błąd i jest okrutnie stronniczy, nie powinien zajmować się więc sferą muzyki... największa bzdura jaką przeczytałam... dodam,że byłam na koncercie Mondo Cane i byłam oczarowana nową interpretacją tak istotnych utwórów jakie zostały zebrane na płycie
~wtf2011-03-11 16:59
Bzdury!
Mike Patton w każdym wydaniu jest nieziemski, również w tym.
Muzyka ta jest spokojna, piękna, może dlatego niektórym sie nie podoba.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!