Wydany w 2001 roku debiutancki album nowojorczyków "Is This It" sprawił, że z garażów na całym świecie znów dobiegać zaczęły gitarowe riffy. Nagle do łask wróciły bezczelne trzyakordowe piosenki z czepliwymi melodiami, a media odtrąbiły nadejście rockowego odrodzenia.

Tak było dziesięć lat temu – jak na standardy popkultury upłynęła więc cała wieczność. Notowania The Strokes zdążyły obniżyć się z winy samego zespołu. Po wydaniu poprzedniego krążka, "First Impressions of Earth", Amerykanie postanowili na chwilę odpocząć od obowiązków wobec macierzystej grupy. Nagrywali solo (jak gitarzysta Albert Hammond Jr i wokalista Julias Casablancas), skupiali się na innych projektach (basista Nikolai Fraiture zajmował się solowym przedsięwzięciem Nickel Eye, perkusista Fabrizio Moretti znalazł się w składzie tria Little Joy)... Dlaczego więc zdecydowali się znów zrobić coś wspólnie? "Chodzi o całe to rockowe gówno" – spieszy z prostolinijną odpowiedzią gitarzysta Nick Valensi – "Wszystkie banalne sprawy, które sprawiają, że grupa ludzi robi razem coś szczególnego".

"Angles", długo oczekiwany krążek The Strokes, szczególny jest głównie dlatego, iż powstawał aż przez dwa lata (dla porównania – nagranie "Is This It" zajęło dwa miesiące). W międzyczasie muzycy zdążyli poróżnić się z producentem Joe Chiccarellim, który ponoć nie do końca rozumiał ich wizję. Co znamienne, nowojorczycy otwarcie przyznają, że inspiracji przy pracy nad albumem dostarczali im młodsi wykonawcy, jakim poniekąd sami wybrukowali drogę do kariery (padają nazwy takie jak MGMT czy Arctic Monkeys). The Strokes chcieli zabrzmieć świeżo i trafić w gusta publiki, której głośne granie na gitarach zdążyło się już dawno przejeść.


Singlowy numer "Under Cover of Darkness" połechta przede wszystkim starych fanów, ale już reszta utworów wykrojona została pod odbiorców dzielących czas między rockowe koncerty, a imprezy w tanecznych klubach. The Strokes łapią się więc na nostalgię za disco lat 80. ("Macchu Picchu") i zbliżają do stylu dawnego New Order ("Games"), nie przestają też jednak składać hołdów Velvet Undergroud ("Call Me Back"), pamiętają o Talking Heads ("Taken for a Fool"), a nawet uciekają się do bezpretensjonalnych melodii a la Bay City Rollers ("Gratisfaction"). Sięgając po "Angles", możemy więc przygotować się na kilka chwytliwych utworów i... właściwie to tyle. Reanimowani The Strokes jawią się jako zespół, który nadal ma rzemiosło w rękach, ale o wiele trudniej mu o zaangażowanie. Dlatego też ich nowy produkt – z naciskiem na słowo "produkt" – zdradza ślady tej mozolnej dwuletniej roboty, jaką go opłacono. Członkowie grupy nie kryją zresztą, że po nadchodzących koncertach promujących album zamierzają znów skupić się na swoich "solówkach". I tak "Angles" to dzieło pięciu ludzi, którzy najwidoczniej przestali grać dla wspólnego dobra jednej drużyny.

THE STROKES | Angles | Sony