– Kiedyś stawaliśmy w kółko i waliliśmy się z otwartej po twarzy, tak jak mongolscy wojownicy. Teraz przed koncertami zbieramy się w kółku, łapiemy za ręce i staramy się wyciszyć – mówił w jednym z wywiadów wokalista Anthony Kiedis. Mało tego, on przed graniem nabiera sił, popijając yerba mate, a basista Flea medytuje. Okres alkoholowo-narkotykowo-seksualnych balang z czasów pierwszego gitarzysty Papryczek Hillela Slovaka minął bezpowrotnie. Tak jak czasy, kiedy Red Hot Chili Peppers pisali zakręcone numery, które nie nadawały się do rozgłośni radiowych. Dzisiaj RHCP to muzyczna instytucja, zespół, który potrafi nagrywać znakomite, łatwo wpadające w ucho funkowe melodie. Dowodem ich dziesiąta płyta "I’m With You".

Wokal Kiedisa, pulsujący bas Flea, funkowa gitara Josha Klinghoffera, który zastąpił Johna Frusciante, i proste perkusyjne granie – nic nie zaskakuje. Z małymi wyjątkami jest kontynuatorem ostatnich płyt – "Californication", "By the Way", "Stadium Arcadium". Szósty album RHCP nagrany z producenckim guru Rickiem Rubinem rozpoczyna numer "Monarchy of Roses" z przesterowanym momentami wokalem Kiedisa. Funkowe bujanie, jak z elementarza Papryczek. Czysto redhotowo jest aż do ósmego kawałka. Raz Kiedis rapuje, inny razem wyciska łzy w balladce, Flea szaleje na swoim basie, a Klinghoffer czaruje krótkimi solówkami. W "Did I Let You Know" smaczku dodaje jazzowa trąbka i połamana perkusja Chada Smitha, niestety tylko na chwilę. Odchyłem od papryczkowego stylu jest też dziesiąty kawałek "Happiness Loves Company" – z pianinkiem, trochę w stylu Stonesów. Jak ballada ze starych płyt Lenny’ego Kravitza brzmi następne "Police Station". Pełne chaosu (rap, wrzaski, pianino, chórki, wysokie dźwięki gitary) jest "Even You Brutus?". Prościutkie, balladowe – z basowym solo Flei "Dance, Dance, Dance" kończy album.


Pozostałe numery to klasyka RHCP. Bez odejścia w stronę garażowego grania, znanego chociażby z ich "Mother’s Milk" z 1989 roku, hitów, jakie zagościły na "Blood Sugar Sex Magik", i spopowionego grania a la "Californication". "I’m With You" bardzo dobrze się słucha, ale nie sądzę, żebym wracał do niej za kilka lat tak często jak teraz do "Mother’s Milk" czy "Out in L.A.". To dobra płyta, ale za mało na niej zaskoczeń. Josh Klinghoffer bawi się swoimi gitarami, lecz RHCP nie eksponują ich na nowym albumie na pierwszym miejscu. Jest na nim wciąż bas Flei. Basista, który gra (także w filmach, chociażby w "Big Lebowski", "Moje własne Idaho" czy "Powrocie do przyszłości"), dokładnie tak jak wygląda: z daleka ma miły wyraz twarzy, ale z bliska wychodzi z niego szaleństwo i nieprzewidywalność.

Na kilka słów zasługuje okładka "I’m With You", najbardziej minimalistyczna w historii Papryczek. W lipcu na swojej stronie oznajmili: "Ogłaszamy premierę okładki naszej najnowszej płyty! Jej autorem jest Damien Hirst i jesteśmy z niej bardzo zadowoleni". I pokazali: na szarym tle na pigułce z napisem "I’m With You" siedzi mucha. Potem Kiedis dodał: – Nie nadajemy jej konkretnego znaczenia, jest otwarta na interpretacje.

Autor okładki – Damien Hirst – to jeden z najdroższych współczesnych artystów. Zasłynął cyklem "Natural History" z martwymi, wypreparowanymi i zanurzonymi w formalinie zwierzętami w roli głównej. Hirst wykonał też słynną i bajecznie drogą – kosztem 14 mln funtów – ludzką czaszkę z platyny nabitą 8601 diamentami. Okładka "I’m With You" to ostateczny dowód na to, że Red Hot Chili Peppers przestali być tylko chuligańskimi pupilkami MTV i gwiazdami stadionów wypełnionych udającymi buntowników studentami. Papryczki to instytucja w muzyce, jak Stonesi albo Beatlesi. Czasy, kiedy na Woodstocku 1994 występowali przebrani za żarówki albo nagrywali doskonałe kawałki w stylu "Yertle The Turtle" z drugiej płyty "Freaky Style" (poważny, znakomity tekst i nowatorskie dźwięki), bezpowrotnie minęły.

RED HOT CHILI PEPPERS | I’m With You | Warner