Green Day "21st Century Breakdown"

Wyd. Warner 2009

Ocena 2/6

p

Ten album już z założenia jest jednym wielkim nieporozumieniem. Zespół punkrockowy, któremu dotychczas wystarczały tylko trzy akordy do napisania piosenki, porywa się na rock-operę? Zespół punkrockowy, który wcześniej negował wszelkie wartości, teraz boleje nad upadkiem moralności w kraju? I wreszcie zespół punkrockowy, który wywodzi się ze sceny niezależnej, głosi populistyczne hasła i podlizuje się amerykańskim nastolatkom.

Członkowie Green Day, zapowiadając kolejny po „American Idiot” ambitny koncept album oddający ducha naszych czasów, sami się podłożyli. W końcu chcąc nie chcąc „21st Century Breakdown” należy zestawiać z innymi tego typu dziełami z przeszłości – The Who „Tommy” czy Pink Floyd „The Wall”. Tymczasem zamiast odważnego, mocnego i kontrowersyjnego albumu otrzymujemy garść kiepskich pop-rockowych piosenek z banalnymi tekstami.

Jego bohaterami jest para młodych zakochanych punkowców, którzy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości po zakończeniu epoki rządów Busha. Christian rozczarowany hipokryzją Kościoła, bezmyślnością polityków i brakiem wsparcia ze strony rodziców reaguje na sytuację impulsywnie i dąży do samozniszczenia, natomiast Gloria mimo wszystko spogląda w przyszłość z nadzieją. Ich historia rozgrywa się w trzech aktach „Heroes and Cons”, „Charlatans and Saints” i „Horseshoes and Handgrenades”, na które składa się w sumie 18 utworów. Wśród nich dominują oczywiście typowe mocne punkowe hymny, jak „East Jesus Nowhere” czy „21st Century Breakdown”, niepozbawione epickości. Obok nich pojawiają się też znacznie bardziej rozbudowane rockowe kompozycje rozpoczynające się niczym chwytliwe ballady fortepianowe („Restless Heart Syndrome”, „Viva La Gloria”) i gitarowe („21 Guns”, „Before the Lobotomy”). Ale często pojawiające się porównania chociażby z rozmachem godnym Queen należy w tej sytuacji raczej potraktować jako zarzut niż pochwałę.

Gdzieś między tymi tanimi, sentymentalnymi zagrywkami i skandowanymi, wspólnie śpiewanymi refrenami zespół uprawia swoją propagandę. – Moje pokolenie jest zerem, nigdy nie stał się bohaterem klasy pracujące. To upadek XXI wieku. Raz się zgubiłem i nigdy nie odnalazłem. Myślę, że tracę resztki rozsądku, które miałem pod koniec XX wieku – deklaruje najpierw Billie Joe Armstrong w tytułowym utworze. Potem rysuje ponury obraz amerykańskiego społeczeństwa zżartego przez nienawiść i masową histerię, bombardowanego agresywnymi komunikatami i kontrolowanego przez system państwowy, pozbawionego nadziei i autorytetów. Ludzie zatracili rozsądek, stali się obojętni i nie potrafią zdobyć się na rewolucyjny czyn. By wreszcie na koniec w „See the Light” uczciwie przyznać: „Chcę tylko zobaczyć światło i nie stracić celu, do którego zmierzam. Chcę tylko zobaczyć światło, potrzebuję wiedzieć, o co warto walczyć”. Niestety to raczej przykład ckliwej szkoły pisania, jaką ostatnio uprawiają Bono czy Springsteen, a nie dosadnego opisywania rzeczywistości przez Joe Strummera.

Bez wątpienia miliony Amerykanów po raz kolejny przyklasną grupie Green Day i pobiegną do sklepów kupić „21st Century Breakdown”. A przy tak wzmożonej promocji muzycy staną się wkrótce nowymi bohaterami epoki Baracka Obamy.