Laura do tej pory nagrała trzy płyty, ale tylko jedna z nich, wydana dwa lata temu "Forever for Now" została w miarę zauważona. Poprzednie dwie wydane były można rzecz w innej epoce, a krążków z 2001 oraz 2004 roku nie pamięta już raczej nikt.

Jednak LP, bo pod takim pseudonimem artystycznym działa Laura, w show biznesie znają bardzo dobrze. Jest cenioną autorką piosenek, która udzielała sie pisząc dla takich tuzów jak Backstreet Boys ("Love Will Keep You Up All Night" 2007), Rihanna ("Cheers" 2010), Cher ("Red" oraz "Pride" 2013), a to tylko urywek z listy twórców, którzy śpiewają jej piosenki.

Na szczęście Laura nagrywa też na własny rachunek i ostatnio miała trochę szczęścia. W serialu "Orange Is The New Black" pojawiło się jej nagranie
"Muddy Waters" i coś zaczęło się dziać. Kolejne nagranie "Lost On You" w pojedynczych radiach zaczęło się przebijać. W tym momencie postanowiono uderzyć i wydać EP "Death Valley". By pozycję umocnić, by jeszcze bardziej być zapamiętanym.

Poprock prezentowany przez Laurę jest wzorcowy, wręcz podręcznikowy. Są tu miejsca na zabawy z gwizdaniem, by powtórzyć, utrwalić refren. Jest magia, kiedy wysokim, a jednocześnie delikatnie nosowym głosem wchodzi w rejony, które możemy kojarzyć możemy z Stevie Nicks. Z wyrafinowanym znawstwem bawi się chórkami, zaczynając nawet od nich nagrania jak w "Strange", a następnie delikatnie pokazując fascynację gospel. 

Utwory LP z EP są zapamiętywalne, radiowe, ale nie posiadają tej nieznośnej ciężkości bitu. Są lekkie, do zanucenia, pełne wybijania rytmu rękoma i refrenów z "la la la", które stadion mógłby ponieść.

"Death Valley" to niby nic wielkiego, bo nie odkrywa żadnych nowy rejonów. Ot, niby takie dwadzieścia pięć minut, a w życiu jakby piękniej.