Po znakomitym debiucie "Rock-ferry" nie zamierza zwalniać tempa. Na nowej płycie Walijka Duffy przekonuje o tym w każdym utworze. Już otwierający "Endlessly" numer "My Boy" wciąga prostym bitem, syntezatorowymi wstawkami, czułym głosem Duffy. Od razu można rozpoznać, co jest jej największą siłą – pomysł na pop. Retro, a jednocześnie świeży. Potrafi zaskakiwać, choć powtarza sposoby sprawdzone przez wokalistki soul w połowie lat 60., takie jak Dionne Warwick. Duffy doskonale czuje współczesną muzykę.

Singlowego "Well, Well, Well" nie powstydziłaby się Amy Winehouse. Katy Perry i Kylie mogłyby uczyć się od Duffy i towarzyszących jej muzyków z The Roots, jak za pomocą trąbek i akustycznych gitar nagrać taneczny kawałek. O balladach na takim poziomie jak jej "Don’t Forsake Me" i "Breath Away" gwiazdki smooth jazzu mogą marzyć.

Duffy, nawet szepcząc, potrafi być hipnotycznie wciągająca i seksowna. Ma przy tym niesamowite poczucie rytmu – takie, jakim porażała przed laty chociażby Tina Turner. Wyśpiewuje słowa, jakby naciskała klawisze instrumentu.

Co prawda mówi, że na nowym albumie chciała odkryć coś nowego w swojej osobowości, ale materiał charakterem wcale nie odbiega od jej pierwszej płyty, "Rockferry". I dobrze.


Zaledwie 26-letnia Duffy skutecznie wydeptała ścieżkę retro popu i będzie jeszcze miała czas na poszukiwanie nowych muzycznych rejonów. Teraz zachwyca, wystylizowana na gwiazdę francuskiego popu z lat 60., nazywanego "Yé-yé".

Jej pojawienie się w 2008 roku można porównać do przebudzenia w kobiecym popie, jakie pięć lat wcześniej wywołał debiut Amy Winehouse. Lekko skostniały wtedy rynek wokalistek Duffy rozbiła swoim głosem, charyzmą i powalającymi dołeczkami w policzkach. Pobiła mdławe dokonania Amy Macdonald i kopie Lauryn Hill w stylu Estelle.

Jej czuły, mocny głos i zabawa muzyką są przeciwieństwem mrocznego fatalizmu Amy Winehouse. Też wciągającego, ale na dłuższą metę drażniącego. Panną Duffy dużo trudniej się znudzić.

Płyta "Rockferry" – mimo że nawiązuje do popu lat 60. – wniosła świeżość do muzyki popularnej. Jest wciągającym koktajlem elektronicznych współczesnych smaczków i soulu z czasów Dusty Springfield. W dużej mierze odpowiada za to producent "Rockferry", Bernard Butler (gitarzysta Suede). Efekt ich pracy przyniósł Brit Awards – dla najlepszej wokalistki brytyjskiej, najlepszego brytyjskiego albumu oraz za debiut roku – Grammy oraz miano najlepiej sprzedającej się płyty 2008 na Wyspach, grubo ponad dwa miliony egzemplarzy.


Przy nowej płycie Duffy nie pracowała już z Butlerem, ale z Albertem Hammondem, autorem przeboju Tiny Turner "I Don’t Wanna Lose You". Wciąż pokazuje, że doskonale wie, czego chce. Przekonali się o tym ci, którzy widzieli jej zeszłoroczny znakomity koncert na Open’erze.

Kiedy zaangażowano ją do kampanii reklamowej dietetycznej Coca-Coli, powiedziała: "Piję tego tak dużo, że musieli albo dać mi udziały w firmie, albo umieścić mnie w reklamie". Parafrazując to zdanie, można powiedzieć, że Duffy śpiewa tak świeżo, że musiała znaleźć się wśród najlepszych współczesnych wokalistek. W pełni na to miano zasługuje. Choć jako nastolatkę wyrzucono ją z chóru, a walijska publiczność nie poznała się na niej w tamtejszym "Idolu", przyznając jej drugie miejsce.

DUFFY | Endlessly | Universal Music