The National ze starej szkoły melancholii
The National swoim ostatnim, znakomitym albumem "High Violet" pokazali, że są niekwestionowanymi królami mrocznego gitarowego grania.
- Śmietanka nowojorskiej sceny razem
- Czym nas jeszcze zaskoczy Jarvis Cocker?
- Ładnie grać i dobrze wyglądać
- Rarytasy Editors
- Szkocki smutek Broken Records
- Wraca moda na Joy Division
- Potop szwedzkiego rocka
- Editors czyszczą archiwa
- Mogwai i rozmyte dźwięki
- Fala likwidacji szkół. Niż to tylko wymówka?
- Hałas bez obciachu
- The National gra w "Portal 2"
- Editors wracają do studia
- The National walczą z AIDS
- Franz Ferdinand gra tych, których kocha
- Sufjan Stevens: Wszystkie piosenki istnieją we wszechświecie
- Morrissey dwa razy w Polsce
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 28°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Przed wydaniem ostatniej płyty mówiliście, że chcecie napisać weselsze niż dotychczas piosenki. Chyba nie poszło po waszej myśli, bo "High Violet" to najsmutniejszy album w historii zespołu.
Scott Devendorf: Nie do końca nam się udało, chociaż nie sądzę, żeby "High Violet" było aż tak smutne. Jest tam parę pozytywnych momentów. W rzeczywistości jesteśmy przecież wesołymi ludźmi, ale kiedy wchodzimy do studia i bierzemy instrumenty do ręki, ujawnia się nasza mroczna strona.
Podczas waszego koncertu na Off Festivalu w Katowicach dwa lata temu pokazaliście, że na scenie pozytywne wibracje wygrywają z mrokiem. Taniec i skoki w publikę – czy tego możemy się spodziewać też podczas waszych najbliższych koncertów w Polsce?
Numery z płyty nabierają na scenie nowego życia. Bardzo często brzmią inaczej niż oryginał, bo w studio składamy je w jedną spójną płytę – w związku z tym powinny się łączyć. Podczas każdych koncertów numery z ostatniego albumu mieszamy z wcześniejszymi, dzięki temu nie musimy się tak bardzo trzymać ich pierwotnych wersji. Z przyjemnością gramy ostrzej albumowe ballady. O ostatecznych wersjach numerów w dużej mierze decyduje publika. Patrzymy, na które lepiej reaguje. Poza tym zmieniamy kawałki i przyśpieszamy, bo zagranie nawet najfajniejszych, ale tych samych 20 smutnych piosenek co wieczór przez pół roku byłoby po prostu nudne.
Swoje partie na płytę nagrywaliście pojedynczo, nie potraficie wspólnie pracować w studio?
Po ostatniej trasie zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy i postanowiliśmy zbudować własne studio. Jednak jest na tyle małe, że nie zmieści całego zespołu. Dlatego nagrywaliśmy osobno. Nie znaczy to jednak, że nie dogadalibyśmy się przy nagrywaniu materiału wspólnie. O płycie myślimy na długo przed jej nagraniem, rzeźbimy koncepcję. Nagrywanie partii solo to tylko finalny efekt wielu godzin wspólnych rozmów i prób. Taki wypracowaliśmy sposób i bardzo dobrze nam się tak nagrywa.
Podobno piszecie tak muzykę, żeby pasowała do słów już napisanych przez Matta Berningera?
Zazwyczaj to wygląda tak, że Aaron czy Bryce piszą melodie, ja z bratem Bryanem coś do nich dokładamy i wysyłamy Mattowi. On próbuje dopasować numery do tego, co napisał. Muszę przyznać, że nie jest to najbardziej efektywny proces, bo wiele demówek pozostaje niewykorzystanych, ale tak pracujemy i to przynosi dobre efekty.
Chyba nie macie wyjścia, bo Matt jest jedynym, który pisze teksty.
Faktycznie, ciężko nam z jego metodą polemizować.





















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!